czwartek, 1 kwietnia 2010

Bidronka

Jakiś czas nosiłam się z chęcią podzielenia się moimi przeżyciami wywołanymi zakupami w sieci sklepów z nakrapianym robaczkiem w szyldzie.
W roku 2008, jakoś chyba w maju, doznałam tam takich niepowtarzalnych wrażeń, że przez niemal bite dwa lata moja noga w tym przybytku nie powstała. Pamiętam, że pogoda była wówczas kiepska, a dobra duszyczka zaoferowała mi przewiezienie zakupów do domu. Jako, że moja sytuacja materialna po burzliwym zakończeniu ówczesnego związku przestawiała się średnio, a w zasadzie ja się średnio ogarniałam z tym, czy jakimkolwiek innym tematem, trzeba było jakoś ciąć koszta utrzymania. Udałam się więc na zakupy to tego słynącego z tanich produktów własnych sklepu. Nie jestem delikatną panienką, ani jakąś wybitną estetką, robienie zakupów to dla mnie normalna czynność, a że przyzwyczaiłam się do innych standardów, cóż, to się odzwyczaję. No i wszystko byłoby pięknie gdyby nie klienci tegoż przybytku.
Biednemu to zawsze wiatr w oczy, ale żeby to jeszcze cholera był wiatr, to był taki swąd, że całą siłę woli musiałam wytężyć, by mój żołądek zatrzymał się choćby w przełyku... Źródło tegoż odoru stanowiła gromadka bezdomnych(chyba?) meneli stojąca w kolejce tuż za moimi plecami. W podchmielonym i wulgarnym towarzystwie prym wiodła potężna kobita, która po prostu dyszała mi na plecach, ocierając się o mnie wielkim biustem. Myślałam, że tam padnę, że umrę od smrodu, po prostu ledwo ustałam na nogach. Znajoma stojąca przede mną w kolejne także była zielono-szara na twarzy, ale to co ja czułam było po prostu porażające. Czułam jak ta woń wżerała mi się w komórki węchowe... Rozumiem, że są różne życiowe problemy, ale kostka mydła w Bidronce nie kosztuje chyba nawet złotówki... Wypadłam na powietrze, nie przejmując się deszczem łykałam tlen. Po powrocie do domu jeszcze było mi duszno, a żołądek wciąż tkwił w przełyku. Nie mogąc pozbyć się wrażenia, że się to do mnie przykleiło wskoczyłam pod prysznic, a ubrania wrzuciłam do pralki. Od tamtej pory omijałam wspomniany sklep szerokim łukiem.
Do czasu.
Ekonomia ekonomią, urazy urazami, ale są takie chwile, gdy trzeba sobie dumę wsadzić w kieszeń. Marzec 2010, znów znalazłam się w tym samym sklepie. Całe szczęście nie trafiłam na powalających aurą żuli... Niemniej rzeczywistość, która mnie otaczała stanowiła dla mnie inny świat. Między ciasnymi regałami czułam się dosłownie jak w jakimś filmie, obcy w obcym mieście. Wokół mnie tłoczyli się agresywni ludzie, przepychali się, gderali na siebie i sobie pod nosem, tłum klientów tworzyli emeryci poszukujący mleka, mąki, czy bułek, osiedlowe łebki obładowane piwem i chipsami, ciężarne młodziutkie dziewczyny wcinające lody już w kolejce, lekko zawiani starsi panowie głośno narzekający na kolejkę do kasy monopolowej i potwornie zmęczona, wymięta i wyprana z emocji obsługa przeciskająca się z paletami towaru. Ciężko było się minąć w alejce, wózko-koszyki okazały się bardzo nieporęczne i ciężkie. Całe szczęście rozkład sklepu się nie zmienił, wiedziałam gdzie mniej więcej są towary, których szukam. Zacisnęłam zęby, nastroszyłam kolce i zrobiłam zakupy. Szczerbata kasjerka zapytała mnie o drobne, miałam, specjalnie na tą okazję. Szczerze podziękowała.
Nie było tak tragicznie. Choć nie mogę nazwać tych zakupów przyjemnymi.

Brak komentarzy: