piątek, 28 września 2012

Kulinarnium - pierogarium

Ostatnio koleżanka zażartowała sobie, że ja o niczym innym nie piszę na fejsie jak o kulinarnych wyczynach... No i zaostrzam apetyty. Przemyślałam to sobie, zdarzyło mi się to ostatnio parokrotnie pisać o jedzeniu, na blogu zresztą też. Jako, że jednak "mój jest ten kawałek podłogi" to czemu nie.
Tym bardziej, że muszę się pochwalić kolejnym krokiem w smakowity kulinarny świat.
Lubię pierogi.
Zrobiłam pierogi!!!
Wielokrotnie pomagałam w ich lepieniu, choćby mojej babci. To prawdziwa mistrzyni w pierogowym fachu. Moje guru. Doskonale pamiętam te wesołe momenty z dzieciństwa, wspólne wałkowanie, lepienie, moja babcia ma taką specjalną fajną foremkę to wykrajania bardzo zgrabnych pierożków. Wszystkie wychodziły jak spod igły. Potem asystowałam w innych pierogowych wyczynach, ale jakoś tak nigdy sama od "a" do "z" nie zrobiłam pierożków. Wydawało mi się to tyle trudne co pracochłonne i czasochłonne. Cóż, teraz gdy jestem w domu z moim brzuszkiem mam akurat czas na kulinarne eksperymenty. Fakt, trochę z tym zachodu jest, ale można to sobie rozłożyć na kilka etapów. Najpierw poczytałam sobie różne przepisy. Wybrałam z nich w końcu taki jaki mi najbardziej pasował, a w zasadzie zmiksowałam kilka. W sumie cała pierogowa afera sprowadza się do dwóch rzeczy, przygotowania farszu i przygotowania ciasta na pierogi.
Farsz, jako, że mam w domu zdeklarowanego mięsożercę, to postanowiłam odwdzięczyć mu się za rosołek i zrobić furę pierogów z mięsem. Wykorzystałam kurczaka z rosołu i warzywa (marchewkę, pietruszkę i kawałek selera), dokupiłam jeszcze trochę łopatki i jeszcze jednego mięska - wyleciało mi z głowy jakiego... w każdym razie miało być różnorodnie. Mięso ugotowałam na kostkach rosołowych, przestudziłam, a potem całość zmieliłam. Na wszelki wypadek 2 razy. Doprawiłam gałką muszkatołową, solą, pieprzem, majerankiem. Dodałam jajo - jak w przepisie, co by bardziej kleiste było. Farsz gotowy - ufff.

Ciasto na pierogi okazało się nie takim już wyzwaniem, mąka, łyżeczka masła, trochę soli, żółtko, no i woda, ciepła, nie gorąca. Zagnieść i gotowe. W niektórych przepisach piszą, żeby ciasto odpoczęło w lodówce pół godziny. Moje nie odpoczywało, tylko trafiło pod wałek.
Po paru próbach wycinania kółeczek z ciasta różnym szkłem, od kieliszka do martini, przez pucharek do lodów zdecydowałam się na szklankę do whiskey. Zdecydowanie była najporęczniejsza i odpowiednia wymiarowo.
Lepiłam, lepiłam, lepiłam, a co ulepiłam to wrzucałam na kilka minut do osolonej gotującej się wody. Wyszło mi tego naprawdę dużo, w sumie chyba ze 120 pierogów.
Całe szczęście - było pyszne! Zwłaszcza ze skwarkami z boczku... Obdarowałam dużą porcją pierogów mamę i brata, część zamroziłam na później, no i został nam jeszcze wielki talerz na kolejny obiadek.

Działałam mnie więcej według takiego przepisu:

Farsz:
gotowanie mięso kurczak, łopatka i inne (rosołek jest przy okazji)
włoszczyzna z rosołu
pieprz, sól, gałka muszkatołowa, majeranek
jajko (lub dwa jeśli farszu będzie więcej)
Wszystko zmielić.

Ciasto na pierogi:
50 dag mąki
żółtko
łyżeczka masła
220 ml wody
Proporcje zwiększamy gdy chcemy uskutecznić większą produkcję. Ponieważ miałam dużo farszu, to dorabiałam drugie tyle ciasta. Składniki wymieszać, na końcu powoli wlewać ciepłą wodę, to akurat ważne.

A potem, to radosna twórczość, wałkowanie, wykrajanie, lepienie, obgotowywanie...

Chociaż ja i tak najbardziej lubię pierożki lekko obsmażone na patelni.
Smacznego.

Brak komentarzy: