Ciążowe ADHA powoli mi mija, głównie za sprawą opuchniętych i
ciężkich nóg, popołudniami podniesienie się z kanapy jest dla mnie sporym
wyzwaniem. W dodatku gorąco mi w stopy i jestem naprawdę nieszczęśliwa gdy
muszę włożyć obuwie inne niż japonki, a najchętniej to chodziłabym wyłącznie boso
po zimnych kafelkach. Jakoś tak się czuję… jak zawodnik sumo – duuuuża.
No, ale w tymże uroczym stanie robię przecież prawo jazdy.
Miejsce Akcji – Warszawski Ośrodek Ruchu Drogowego, ośrodek
egzaminacyjny na Radarowej, tak zwane Okęcie.
Wczoraj wieczorem miałam egzamin teoretyczny i pierwsze podejście
do praktyki. Wśród dziesiątki zdających trafiła nam się perełka będąca idealnym
wcieleniem przysłowiowej blondynki. Żeby nie było, sama mam taki kolor włosów
(no może nie platynowy), ale nie o to chodzi. Jak tylko ją zobaczyłam, śliczną,
zgrabną i w pięknych szpilkach, to mnie zazdrość zalała, że ja w takich butach
jeszcze długo nie dam rady chodzić. Choć moja pierwsza myśl „w szpilkach na
prawko?”, ale uzmysłowiłam sobie, że nie każdy zdaje teorię i praktykę za
jednym zamachem, zatem pani wyglądała na teorię… I cholera, piękne miała
szpilki – klapki, na wysokim słupku, czarne, skórzane, no cudeńka… Naturalnie
blondyneczka była świergocząca i rozkoszna, przy okazji siała panikę, że pewnie
ona to obleje, a chłopaki to wszystko zdadzą. Rozluźniła się nam nieco
atmosfera, przydaje się taka blondyneczka. Ale to nie koniec atrakcji. Po
wejściu na salę pan egzaminator przydzielił nam stanowiska egzaminacyjne, był
szalenie poważny i bardzo skrupulatnie wytłumaczył nam co wolno, czego nie
wolno i jak się zachowywać. Przede wszystkim nie dotykać przycisku z napisem
koniec, a nawet gdyby, to czytać komunikaty i nie akceptować zakończenia
egzaminu kolejnym przyciskiem bez jego zgody. Wyjaśnił to tak łopatologicznie
jak się tylko dało. Zaczęliśmy test próbny, co by się z tą zaawansowaną
technologią oswoić i przeszliśmy gładko do egzaminy właściwego. Nie zdążyłam
odpowiedzieć nawet na 2 pytania jak blond podnosi alarm, że coś się jej
zepsuło. Okazało się, że w naprawdę niepojęty sposób powciskała sekwencję
przycisków kończącą test zanim go rozwiązała. Wszystko zostało zapisane w
systemie i cóż – teoria oblana. Egzaminator ostrzegał przed tym jak tylko mógł,
a ona jedna wybitna zrobiła wszystko czego zakazał. Nieco to podniosło
ciśnienie w pupie, ale niemal wszyscy pozostali zdali tą część egzaminu. Blond była
bezbłędna. Podreptała na tych ślicznych szpileczkach zapisać się na kolejny
egzamin chyba.
Tymczasem ja uradowana pierwszym sukcesem udałam się z
innymi szczęśliwcami do miejsca wywoływania kandydatów na egzamin praktyczny.
Wesoło nam było, oj wesoło. Gorączkowo powtarzaliśmy sobie budowę świateł,
wlewy płynów, coś o manewrach. Jedna dziewczyna wyciągnęła z torby laptopa i
włączyła film o zadaniach egzaminacyjnych. Każdy radził sobie ze stresem jak
umiał, ale atmosfera była pozytywna. Mimo iż w wyniku losowania komputerowego
podchodziłam do praktyki jako przedostatnia, to nie czekałam długo. Egzaminator
na którego trafiłam wydał mi się miłym facetem, choć trzymał się ściśle formalnego
tonu, nie zagadywałam go więc, jak powaga, to powaga. Na placu manewrowym
miałam wylosowałam prezentację świateł kierunkowskazów oraz wlewy płynu do
spryskiwaczy – ufff, łatwizna. Łuk i górkę zrobiłam, nie powiem lekko spięta
byłam, ale udało się bez poprawek. Strasznie
się cieszyłam, że udało mi się wyjechać na miasto. Oczywiście w pierwszej
kolejności wyjechaliśmy na Al. Krakowską w stronę skrzyżowania, rodna z ul. Hynka.
Ruch był tak duży, że trzy zmiany świateł zajęło mi dotarcie do ronda. Tutaj
czekało mnie zawracanie. Jakoś nigdy wcześniej nie natrafiłam na aż taki tłok w
tym miejscu, ale przejechałam. Potem jadąc z powrotem Krakowską natrafiłam na
roboty drogowe, które dzięki uprzejmości pana taksówkarza (wpuścił mnie na swój
pas?!?!) udało mi się wyminąć. Później skręciliśmy w pajęczynkę mniejszych uliczek,
po której jakiś czas się kręciłam wykonując skąpe polecenia egzaminatora. Dojechałam
tak do malutkiego skrzyżowania ze strzałką warunkowego skrętu w prawo, no i
polecenie, skrętu w tąże prawą dostała. Zatrzymałam się grzecznie przed linią,
potem, jako, że nic nie jechało z lewej wyjechałam na skręt i buch! Zmieniły
się światła pieszym zapaliło się zielone wylegli mi pod koła. Noż jak pech, to
pech. Moja wina była niezaprzeczalna, poza tym egzamin jest nagrywany i nie
było o czym dyskutować. Nie rozbiłam jednak scen, przyjęłam to po prostu, w
sumie i tak dużo mi się na ten dzień udało. Po zakończeniu formalności i
zamianie miejsc zapytałam pana egzaminatora jak on ocenia moje umiejętności,
czy gdyby nie ta wpadka, to miałabym jego zdaniem szansę. Nie pałał
entuzjazmem, ale powiedział, że było jako tako, potem jednak się rozgadał i
nabrałam przekonania, że miałam szansę. W sumie zostało mi tylko parkowanie i
zatrzymanie, no i jazda jednokierunkowymi uliczkami. Zatem niewiele.
Dostałam kilka uwag nad czym popracować, no i ponarzekaliśmy sobie na rowerzystów, którzy nie stosują się do żadnych przepisów na drodze, a wciskają się wszędzie.
Po powrocie do ośrodka okazało się, że eR już na mnie czeka, że widział jak opuszczałam plac i miał nadzieję, że zdam, bo dobre pół godziny już mnie nie było. Cóż, nie tym razem, ale nie zrażona zapisałam się na kolejny egzamin jednocześnie składając podanie prośbą o przyspieszenie jego terminu z uwagi na zaawansowaną ciążę.
Jakiż był mój szok, gdy następnego dnia z samego rana zadzwonił do mnie pracownik ośrodka egzaminacyjnego z propozycją terminu w najbliższy poniedziałek, znaczy za 3 dni!!!
Oczywiście idę za ciosem.
Dostałam kilka uwag nad czym popracować, no i ponarzekaliśmy sobie na rowerzystów, którzy nie stosują się do żadnych przepisów na drodze, a wciskają się wszędzie.
Po powrocie do ośrodka okazało się, że eR już na mnie czeka, że widział jak opuszczałam plac i miał nadzieję, że zdam, bo dobre pół godziny już mnie nie było. Cóż, nie tym razem, ale nie zrażona zapisałam się na kolejny egzamin jednocześnie składając podanie prośbą o przyspieszenie jego terminu z uwagi na zaawansowaną ciążę.
Jakiż był mój szok, gdy następnego dnia z samego rana zadzwonił do mnie pracownik ośrodka egzaminacyjnego z propozycją terminu w najbliższy poniedziałek, znaczy za 3 dni!!!
Oczywiście idę za ciosem.
Mam nadzieję, że się uda.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz