piątek, 7 września 2012

Ciężarówka za kółkiem

Ciążowe ADHA powoli mi mija, głównie za sprawą opuchniętych i ciężkich nóg, popołudniami podniesienie się z kanapy jest dla mnie sporym wyzwaniem. W dodatku gorąco mi w stopy i jestem naprawdę nieszczęśliwa gdy muszę włożyć obuwie inne niż japonki, a najchętniej to chodziłabym wyłącznie boso po zimnych kafelkach. Jakoś tak się czuję… jak zawodnik sumo – duuuuża.
No, ale w tymże uroczym stanie robię przecież prawo jazdy.
Miejsce Akcji – Warszawski Ośrodek Ruchu Drogowego, ośrodek egzaminacyjny na Radarowej, tak zwane Okęcie.
Wczoraj wieczorem miałam egzamin teoretyczny i pierwsze podejście do praktyki. Wśród dziesiątki zdających trafiła nam się perełka będąca idealnym wcieleniem przysłowiowej blondynki. Żeby nie było, sama mam taki kolor włosów (no może nie platynowy), ale nie o to chodzi. Jak tylko ją zobaczyłam, śliczną, zgrabną i w pięknych szpilkach, to mnie zazdrość zalała, że ja w takich butach jeszcze długo nie dam rady chodzić. Choć moja pierwsza myśl „w szpilkach na prawko?”, ale uzmysłowiłam sobie, że nie każdy zdaje teorię i praktykę za jednym zamachem, zatem pani wyglądała na teorię… I cholera, piękne miała szpilki – klapki, na wysokim słupku, czarne, skórzane, no cudeńka… Naturalnie blondyneczka była świergocząca i rozkoszna, przy okazji siała panikę, że pewnie ona to obleje, a chłopaki to wszystko zdadzą. Rozluźniła się nam nieco atmosfera, przydaje się taka blondyneczka. Ale to nie koniec atrakcji. Po wejściu na salę pan egzaminator przydzielił nam stanowiska egzaminacyjne, był szalenie poważny i bardzo skrupulatnie wytłumaczył nam co wolno, czego nie wolno i jak się zachowywać. Przede wszystkim nie dotykać przycisku z napisem koniec, a nawet gdyby, to czytać komunikaty i nie akceptować zakończenia egzaminu kolejnym przyciskiem bez jego zgody. Wyjaśnił to tak łopatologicznie jak się tylko dało. Zaczęliśmy test próbny, co by się z tą zaawansowaną technologią oswoić i przeszliśmy gładko do egzaminy właściwego. Nie zdążyłam odpowiedzieć nawet na 2 pytania jak blond podnosi alarm, że coś się jej zepsuło. Okazało się, że w naprawdę niepojęty sposób powciskała sekwencję przycisków kończącą test zanim go rozwiązała. Wszystko zostało zapisane w systemie i cóż – teoria oblana. Egzaminator ostrzegał przed tym jak tylko mógł, a ona jedna wybitna zrobiła wszystko czego zakazał. Nieco to podniosło ciśnienie w pupie, ale niemal wszyscy pozostali zdali tą część egzaminu. Blond była bezbłędna. Podreptała na tych ślicznych szpileczkach zapisać się na kolejny egzamin chyba.
Tymczasem ja uradowana pierwszym sukcesem udałam się z innymi szczęśliwcami do miejsca wywoływania kandydatów na egzamin praktyczny. Wesoło nam było, oj wesoło. Gorączkowo powtarzaliśmy sobie budowę świateł, wlewy płynów, coś o manewrach. Jedna dziewczyna wyciągnęła z torby laptopa i włączyła film o zadaniach egzaminacyjnych. Każdy radził sobie ze stresem jak umiał, ale atmosfera była pozytywna. Mimo iż w wyniku losowania komputerowego podchodziłam do praktyki jako przedostatnia, to nie czekałam długo. Egzaminator na którego trafiłam wydał mi się miłym facetem, choć trzymał się ściśle formalnego tonu, nie zagadywałam go więc, jak powaga, to powaga. Na placu manewrowym miałam wylosowałam prezentację świateł kierunkowskazów oraz wlewy płynu do spryskiwaczy – ufff, łatwizna. Łuk i górkę zrobiłam, nie powiem lekko spięta byłam, ale udało się bez poprawek.  Strasznie się cieszyłam, że udało mi się wyjechać na miasto. Oczywiście w pierwszej kolejności wyjechaliśmy na Al. Krakowską w stronę skrzyżowania, rodna z ul. Hynka. Ruch był tak duży, że trzy zmiany świateł zajęło mi dotarcie do ronda. Tutaj czekało mnie zawracanie. Jakoś nigdy wcześniej nie natrafiłam na aż taki tłok w tym miejscu, ale przejechałam. Potem jadąc z powrotem Krakowską natrafiłam na roboty drogowe, które dzięki uprzejmości pana taksówkarza (wpuścił mnie na swój pas?!?!) udało mi się wyminąć. Później skręciliśmy w pajęczynkę mniejszych uliczek, po której jakiś czas się kręciłam wykonując skąpe polecenia egzaminatora. Dojechałam tak do malutkiego skrzyżowania ze strzałką warunkowego skrętu w prawo, no i polecenie, skrętu w tąże prawą dostała. Zatrzymałam się grzecznie przed linią, potem, jako, że nic nie jechało z lewej wyjechałam na skręt i buch! Zmieniły się światła pieszym zapaliło się zielone wylegli mi pod koła. Noż jak pech, to pech. Moja wina była niezaprzeczalna, poza tym egzamin jest nagrywany i nie było o czym dyskutować. Nie rozbiłam jednak scen, przyjęłam to po prostu, w sumie i tak dużo mi się na ten dzień udało. Po zakończeniu formalności i zamianie miejsc zapytałam pana egzaminatora jak on ocenia moje umiejętności, czy gdyby nie ta wpadka, to miałabym jego zdaniem szansę. Nie pałał entuzjazmem, ale powiedział, że było jako tako, potem jednak się rozgadał i nabrałam przekonania, że miałam szansę. W sumie zostało mi tylko parkowanie i zatrzymanie, no i jazda jednokierunkowymi uliczkami. Zatem niewiele.
Dostałam kilka uwag nad czym popracować, no i ponarzekaliśmy sobie na rowerzystów, którzy nie stosują się do żadnych przepisów na drodze, a wciskają się wszędzie.
Po powrocie do ośrodka okazało się, że eR już na mnie czeka, że widział jak opuszczałam plac i miał nadzieję, że zdam, bo dobre pół godziny już mnie nie było. Cóż, nie tym razem, ale nie zrażona zapisałam się na kolejny egzamin jednocześnie składając podanie  prośbą o przyspieszenie jego terminu z uwagi na zaawansowaną ciążę.
Jakiż był mój szok, gdy następnego dnia z samego rana zadzwonił do mnie pracownik ośrodka egzaminacyjnego z propozycją terminu w najbliższy poniedziałek, znaczy za 3 dni!!!
Oczywiście idę za ciosem.
Mam nadzieję, że się uda.

Brak komentarzy: