sobota, 22 września 2012

Do trzech razy sztuka

Do trzech razy sztuka - jak mówi przysłowie i w moim przypadku sprawdza się ono na wielu frontach, z różnych powodów i w sumie to może nawet i lepiej. Nie, żeby dwa niepowodzenia były w moim mniemaniu pożądaną rzeczą, ale z całą pewnością dają szersze pole widzenia i pozwalają w pełni docenić upragniony sukces.
Tak było i w przypadku mojego egzaminu na prawo jazdy. Ostatnim rzutem na taśmę, że tak to ujmę, zabrałam się za nie będąc w środku ciąży i miałam wielką nadzieję uwieńczyć misję sukcesem jeszcze przed pojawieniem się malucha na świecie. Najpierw trzeba było się zebrać w sobie, przełamać i wrócić do szkoły, mojej Babskiej Autoszkoły, którą zresztą gorąco polecam. Miałam tam niedokończony kurs, a w zasadzie same jazdy i byłam ciekawa, czy da się to dociągnąć do końca. Była to zdecydowanie najtańsza opcja. Okazało się, że takich maruderów co to kurs latami robią jest wcale nie mało, co znacznie podniosło mnie na duchu. Zostałam oddana pod skrzydła pani Basi, genialnej instruktorki . Jej geniusz polega na dużej wiedzy, umiejętności jej przekazania w prosty sposób i niewyczerpanych pokładach cierpliwości. Nawet moje najdziwniejsze zachowania i wpadki za kółkiem nie wyprowadziły jej z równowagi i również skarcić potrafiła mnie w sposób pouczający i rzeczowy. Przy tym okazała się fajną, pogodną i towarzyską osobą, z którą można pogadać i o haczykach na trasie egzaminacyjnej, upodobaniach egzaminatorów i o butach i o podróżach i o różnych takich innych. Umiała mnie zmotywować do pracy i z przyjemnością chodziłam na każde zajęcia. Oczywiście nie obyło się bez komplikacji. Gdyby nie to, że większość jazd wyjeździłam w trakcie urlopu mój kurs pewnie ciągną by się kilka długich tygodni, może nawet poszło by w miesiące, gdyż ciężko jest wbić się w godziny popołudniowe tak by jeździć często i dużo. Spożytkowałam więc swój czas wolny na intensywną naukę jazdy i nie żałuję. Czas za kierownicą leciał mi błyskawicznie, tym bardziej, że jazda sprawia mi wielką przyjemność. Kurs dobiegł końca i nadszedł czas egzaminu...
O tym jakie miałam przygody podczas zdawania teorii pisałam wcześniej. Cieszę się do tej pory, że poszło mi dobrze i nie dałam plamy w tej części egzaminu. Pierwsze podejście do praktyki miałam również bardzo dobre, choć zakończone wynikiem negatywnym. No dałam się złapać, dałam się ponieść entuzjazmowi, że tak dobrze mi idzie, wszak bezbłędnie zdałam teorię, bez problemu pokazałam te światła które trzeba i ten wlew płynu, który mi kazano, zrobiłam zgrabny łuk i elegancką "górkę", ruszam na miasto. Przejechałam wielkie rondo, ruchliwe ulice i zaczęłam krążyć po labiryncie małych uliczek, jadę, jadę już długo, zostały mi tylko manewr zatrzymania we wskazanym miejscu, parkowanie i zawracanie, mam szansę zdać przy pierwszym podejściu. No i mnie poniosła fantazja i guzik z tego wyszło. Nie zraziłam się tym jednak wcale i od razu z miejsca poszłam za ciosem, zapisałam się na kolejny termin i złożyłam podanie z prośbą o jego przyspieszenie ze względu na zaawansowaną ciążę. Jak zapewne wspomniałam, byłam bardzo zaskoczona, gdy z rana następnego dnia (w piątek-to ważne) dostałam telefon z propozycją przyjścia na kolejny egzamin w poniedziałek. Stwierdziłam, że nawet jazd doszkalających nie mam co brać, tylko idę za ciosem. Wszak moje wcześniejsze niepowodzenie wynikało z braku koncentracji, a nie umiejętności. Oj dostałam ja po uszach za to zadufanie... W poniedziałek przyjechałam do ośrodka egzaminacyjnego wcześniej, powtórzyłam sobie to co uznałam za istotne i czekałam, czekałam, czekałam, aż system komputerowy wylosuje moją kolej podejścia do egzaminu. Tak jak za pierwszym razem trafił mi się sympatyczny egzaminator, nawet sympatyczniejszy niż poprzedni. Znów światełka, gmeranie pod maską, przygotowanie do jazdy i ruszam na łuk. Łuk, który mogę zrobić o każdej porze dnia i nocy, na ślepo wręcz... zakończył się dotknięciem słupka... lusterkiem. Za słupek korekta nie przysługuje. Moje rozgoryczenie było ogromne. Byłam okropnie wściekła na siebie, no bo na kogo innego mogła bym być? Powlokłam się do rejestracji i kas by zapisać się na kolejny, trzeci termin... Jako, że było już późne popołudnie to zebrał się dziki tłum petentów w tej samej sprawie co i ja, i mimo systemu numerków musiałam się naczekać strasznie długo na załatwienie spraw. Miałam więc dużo czasu na naskrobanie kolejnego podania z prośbą jak poprzednio, z tym, że poprosiłam o wczesną, poranną godzinę egzaminu. Najwyraźniej popołudnia mi nie służą. Dobrze, że eR się pojawił i mnie wspierał, bo kiepściutko ze mną było. Zmęczenie i stres złapały mnie w swoje kleszcze i marzyłam tylko o tym, żeby być już w domu.
Czekałam na telefon z ośrodka, dzień, dwa... W końcu w piątek (widać podania są rozpatrywane na koniec tygodnia) przed południem miła pani z ośrodka egzaminacyjnego zaproponowała mi termin w kolejny piątek, 21 września, godzinę siódmą rano. Musiało minąć trochę czasu zanim się przełamałam i zadzwoniłam do pani Basi by poprosić o lekcję doszkalającą. Umówiłyśmy się na środę. Panie z autoszkoły starały się mnie przekonać, że na pewno za tym trzecim razem zdam, no bo jak to, ciężarna zdać musi i nie ma innej opcji. Ale ja nie chciałam pokładać swoich nadziei w brzuchu a w sobie. Na jazdach szło mi fatalnie. Pani Basia w końcu zażartowała, że umawiamy się  tak, że dziś robię wszelkie możliwe błędy jakie tylko można a w piątek mam jechać ładnie i poprawnie. Dobrze, że chociaż manewry wychodziły mi dobrze, bo inaczej to bym zupełnie zwątpiła w siebie. Jak mi parkowanie na kopertę wyszło jak spod igły za pierwszym podejściem nieco odzyskałam wiarę w siebie. Pamiętam, jak tłumaczyłam sobie, że skoro daję radę prowadzić jacht, większy i mniej skrętny niż samochód, daję radę robić nim manewry w porcie i cumować na różne sposoby, to muszę się zmieścić i autkiem. Co prawda podczas cumowania mam załogę, której wydaję komendę "chroń burtę" i wiem, że gumowe odbijacze i sprawne ręce nie pozwolą bym uszkodziła swój, czy inny jacht, niemniej to porównanie bardzo poprawiło moją samoocenę. To była środa.
Czwartek - 20 września - bardzo ważny dla mnie dzień. Do terminu porodu został jedynie miesiąc. Czy zdążę w tym czasie zdać egzamin? Jeśli obleję trzeci raz, to muszę wyjeździć 10 godzin dodatkowych jazd by nabyć prawo do kolejnych 3 prób egzaminacyjnych. Jeśli trzeba będzie... to jakoś spróbuję, nie odpuszczę, ale jak, kiedy i czy zdążę zanim pojawi się na świecie Adam? Całe szczęście nie miałam zbyt wiele czasu na stresowanie się, bo jakoś tak się złożyło, że mnie tego dnia kompletnie zmorzyło i po postu go przespałam. Dawno nie skumulowałam tylu godzin snu w jednej dobie i dobrze mi to zrobiło. Może to ostatni taki przespany dzień na wiele długich miesięcy... W piątek obudziłam się przed 5 rano, ale jakoś udało mi się wyczekać ze wstawaniem do 6.00... Po lekkim śniadaniu i kawie eR zawiózł mnie do ośrodka egzaminacyjnego i czekał ze mną na egzamin. Sama jego obecność działała kojąco. Wybiła godzina 7.00 i od tej pory każde odezwanie się głośnika mogło zwiastować moją kolej podejścia do egzaminu. Głośnik odzywał się co kilkanaście minut wywołując kolejnych kandydatów. Ja musiałam uzbroić się w cierpliwość i dopiero kilka minut po 8.00 wywołano moje nazwisko. Poszłam zatem spotkać się z moim egzaminatorem. Okazał się najstarszy z tych, z którymi miałam do czynienia, ale spokojny, całkiem sympatyczny. Po zajęciu miejsca w aucie zaczęliśmy od zwykłych formalności i tu niespodzianka. Pan jako jedyny z trzech egzaminatorów zapytał mnie, czy chcę jechać w pasach, czy bez, bo jako ciężarnej przysługuje mi prawo wyboru, muszę się tylko określić i podpisać oświadczenie, które miał przygotowane. Miło mnie to zaskoczyło, poprzedni panowie ignorowali mój brzuch, co mi nie przeszkadzało, bo nie na tej podstawie chciałam być oceniana, ale teraz przekonałam się, że prawdopodobnie nie dopełnili wszystkich formalności. Pasy, oczywiście jadę w pasach. To chyba zrobiło dobre wrażenie. Kolejna uprzejmość jaka spotkała mnie prawdopodobnie ze względu na brzuszek, ale nie była krępująca to taka, że podczas zadania ze wskazania "płynów" pod maską pan egzaminator poczekał tylko aż sama otworzę klapę silnika a potem szarmancko mi ją uniósł i po tym jak wykonałam zadanie sam ją zamkną. To było miłe i dało mi poczucie komfortu. Łuk zrobiłam w pełnej koncentracji i bez kompromitacji, "górkę" przejechałam tak, jak tylko można najlepiej, samochód nie stoczył się nawet o centymetr, nie szarpnął, szedł jak marzenie. Wyjechaliśmy ma miasto. Już czułam się lepiej, bo oblać na mieście to nie wstyd. Nieco martwiłam się tym, że zaczęły się już godziny szczytu, ale na obowiązkowym wielkim rondzie było luźno i miałam zieloną falę, więc ten w sumie trudny fragment przejechałam w kilka minut i już jechałam w stronę labiryntu mniejszych uliczek. Minęłam skrzyżowanie na którym poprzednio oblałam, tym razem skręcając na nim w lewo. Kluczyliśmy po sieci uliczek mijając kolejne pułapki...  Kręciłam się spokojnie między nimi starając się jechać spokojnie i pewnie, tak jak z panią Basią - która zadbała o to by jak najwięcej z tych podchwytliwych zakątków zapadło mi w pamięć. Szczególnie musiałam uważać na pieszych, ale szczęśliwie uprzejmość popłaca. Miałam też nieodparte wrażenie, że inni uczestnicy ruchu drogowego są dla mnie bardzo uprzejmi. Aż się zastanawiałam, czy poza "L"ką na dachu nie mam znaczka "ciężarna na egzaminie". Jechało mi się bardzo fajnie, ale starałam się z całych sił nie patrzeć na zegarek (co mi nie wychodziło, wiedziałam, że jadę już długo), no i nie popadać w euforię. "Skup się, skoncentruj to jeszcze nie koniec". Gdy egzaminator wydał mi polecenie wykonania manewru zatrzymania w wyznaczonym miejscu poszło mi bez problemu - kluczem do sukcesu jest to by pamiętać o kierunkowskazach. Dopiero co zdążyłam włączyć się do ruchu po tym manewrze, jak pan egzaminator wyznaczył mi kolejne zadanie, parkowanie przodem - wyszło jak spod linijki, w samym środku wskazanego miejsca. Po wyjechaniu na drogę czekało mnie jeszcze zawracanie przy użyciu infrastruktury drogowej - podjazdu prowadzącego do jakiejś bramy, co też poszło jak jak po maśle. Po manewrach ruszyliśmy znów plątaniną uliczek, w duchu cały czas trzymałam się w ryzach i koncentrowałam na tym co się dzieje wokół mnie. Pan egzaminator wywiódł mnie w jakieś takie miejsce, którego nie ćwiczyłam jednak z moją instruktorką, musiałam skręcić w lewo na skrzyżowaniu w kształcie litery "T" wyjeżdżając z uliczki podporządkowanej. A na drodze z pierwszeństwem był korek. Całe szczęście dzięki uprzejmości jednego kierowcy i jego poszanowaniu zasad ruchu drogowego również, udało mi się przebić. Znalazłam się na znanej mi uliczce prowadzącej do skrzyżowania z oznakowaniem ustalającym  pierwszeństwo przejazdu. Po jego przejechaniu skierowaliśmy się w stronę al. Żwirki i Wigury i tą trasą w kierunku ul. Hynka. Musiałam się ogromnie wysilić by nie cieszyć się za wcześnie, to była trasa powrotna do ośrodka, a za kierownicą siedziałam ja - znaczy idzie dobrze, aby niczego nie spaprać na ostatniej prostej... Szczęśliwie dojechaliśmy do bramy ośrodka egzaminacyjnego, zaparkowałam w wyznaczonym miejscu i usłyszałam upragnione "wynik egzaminu POZYTYWNY". Jeszcze w to nie wierzę i dla pewności patrzę w kartkę z adnotacją, pieczęcią i podpisem... Podziękowałam egzaminatorowi, który polecił mi zwrócić w przyszłości większą uwagę na kilka drobiazgów, powiedział, że moje dokumenty zostaną przesłane do wydziału komunikacji miejskiej i z pożegnaliśmy się z uśmiechem. Myślałam, że z radości będę biegać i skakać dokoła samochodu. Gdyby nie to, że mój syn właśnie uskutecznił mi serię radosnych skoków w brzuchu na pewno bym to zrobiła.
Radość, radość, ogromna radość, telefony, gratulacje, pełnia szczęścia!!! Z tej radości brat odwiedził mnie znienacka z kawałkiem tortu bezowego, a potem wpadła na chwilę mama z pysznymi lodami truskawkowymi. Dzwonił też tata - bardzo szczęśliwy. Największą jednak radość sprawił mi eR., który zaraz po powrocie z pracy, bez obiadu, zabrał mnie do sklepu z artykułami dla dzieci, w którym mieliśmy upatrzony wózek. I tak, w dniu w którym zdałam egzamin na prawo jazdy kupiliśmy mi pierwszą brykę (a może nie mi, a Adasiowi? no ale to ja za "kierownicą" będę). Teraz stoi w salonie i cieszy me oczy piękny, czerwony, na czarnym stelażu, amortyzowanych, skrętnych kołach na chromowanych szprychowych... Piękny wózek! Zamontowana gondola prezentuje się wspaniale, obok stoi fotelik samochodowy i fotel spacerówki. Śliczny komplet. Kocham mojego faceta :) bywa czasami mało wylewny, ale jak już zacznie, to urzeka mnie do głębi. Bez jego wsparcia i pomocy nie zrobiłabym tego prawa jazdy, jestem pewna. Najmilszą nagrodą ze wszystkich były dla mnie tego dnia jego słowa "jestem z Ciebie dumny".

Brak komentarzy: