piątek, 28 września 2012

Medycyna ludowa

Jestem sobie przeziębiona, niby nic, a życie utrudnia okropnie. Katar i gardło i w zasadzie nie wiele więcej ale doszło do tego, że mówić nie mogę i okropnie mnie to irytuje. Tym bardziej, że cała rodzina troskliwie wydzwania codziennie zapytać jak się czuję, a ja naprawdę nie mogę mówić i nawet przytakiwanie im przez telefon powoduje potworny ból gardła i zupełnie psuje mi humor. Do tego nie mogę brać leków takich jak zwykły, nie zaciążony, człowiek i ciągnie mi się to paskudztwo. Wobec tego jestem zasypywana przepisami na domowe sposoby walczenia z zarazą. Już mi do znudzenia trują o syropku z cebuli, najlepiej doprawionym na bogato czosnkiem, no i o świeżym imbirze do herbatki. Płuczę gardło wodą z solą i na chwilę mi to pomaga. Hitem była jednak porada lekarki, od której oczekiwałam jednak jakiegoś bardziej profesjonalnego podejścia do tematu. Otóż pani doktor zaleciła mi okład z ziemniaków. Ja, nie bardzo mogę z tym ledwo piszczącym gardłem dyskutować, ale wywaliłam na nią oczy jak pięć złotych, a ona widząc tą że malowniczą reakcję zaczęła mi tłumaczyć, że mam po prostu ugotować w całości ziemniaki, gorące zawinąć w ręcznik i obłożyć sobie szyję... No powaliło mnie to. Może powinnam nad garnkiem jeszcze jakąś mantrę odśpiewać (wyskrzeczeć w moim aktualnym stanie). Rozumiem ciepły kompres na szyję, no ale to już mnie po prostu rozwaliło. Jeszcze se chleba z pajęczyną zagniotę (komentarz znajomej)... Tylko po chleb muszę iść i chyba do piwnicy lub garażu pająków szukać. Jutro będzie pełnia księżyca, więc kto wie, może czas te wszystkie gusła odprawić.
Najwyżej mój syn w efekcie dostanie zaproszenie do Hogwartu.

P.S. W akcie desperacji uwarzę ten syrop i kupię świeży imbir...

Brak komentarzy: