czwartek, 9 sierpnia 2012

Hej Morze Moje Morze

Ponieważ z powodu ciąży zostałam dosłownie uziemiona i w wyniku działań koalicji anty-żeglarskiej w postaci mojej mamy i eR (zdrajca podły) nie było mi dane w tym sezonie usiąść za sterem potrzebowałam czegoś na otarcie łez. Tym czymś były wakacje nad morzem. Marna to namiastka rejsowych uroków, niemniej dalece bardziej wskazana w moim stanie. No dobrze, lubię morze, nasz zimny Bałtyk, dzikie plaże i bursztynowe zakątki. W ramach urlopu wybraliśmy się więc na tydzień do Mikoszewa, tuż przy ujściu Wisły. Pogoda na moje szczęście zrobiła się typowa (znaczy chłodniejsza) i znacznie bardziej do życia dla brzuszka i dla mnie. Upały nas męczyły. 

"Barcelona"

Za bazę wypadową służył nam cichy ośrodek położony przy samym rezerwacie "Mewia Łacha", a nieco egzotycznej nazwie "Barcelona". Pokoik mieliśmy jak dla nas dwojga akurat, wielkie wygodne łóżko okazało się największym plusem, tylko brakowało nam pozostałych mebli (krzesła, stolika, szafki nocnej... i drzwi w szafie). Sytuację nieco ratowała bezdrzwiowa szafa i półka pod telewizorem. Tam też mieścił się "kącik kawowy" tacka z czajniczkiem i innymi takimi. Za to łazienka była i wielka, wygodna, ze świetnym prysznicem i masą miejsca na szpargały. Pokój cichy, bo nie wychodził na główne patio, na którym bawiły się dzieci. Ten ośrodek generalnie jest bardzo pro rodzinny i niemal wszyscy goście byli tak z dziećmi w wielu od kilku miesięcy do kilkunastu lat. Mimo to mali goście nie byli uciążliwi, a może to ich rodzice byli na tyle dobrzy w swoim fachu, że panowali nad pociechami. Zdecydowanie ogromnym plusem tego miejsca jest wyżywienie. Wzięliśmy pełen pakiet, tzn. śniadania i obiadokolacje i był to genialny pomysł. Rano serwowano szwedzki stół na którym każdy (łącznie ze mną, ciężarówką z zachciankami i antypatiami kulinarnymi) znalazł to, na co miał ochotę. Poza standardowymi elementami, jak płatki z mlekiem, jajka, warzywa, wędliny, ser żółty i twarożek (pyszności!) zawsze podawano coś na ciepło, a to kiełbaski, a to bigos, a raz zaserwowano słodkie racuchy, którymi objadłam się bezwstydnie i nawet zgarnęłam kilka na później, bo mi kubki smakowe oszalały z rozkoszy. Do tego kawka, herbatka, zimne napoje. Miodzio. Nieco inaczej wyglądała sprawa popołudniowego posiłku, po śniadaniu każdy wybierał 2 z 4 dostępnych dań jakie życzy sobie zjeść na obiad. Jedzenie było różnorodne i ja się najadałam pod korek. eR czasami nie był zachwycony, mamy inne gusta kulinarne i cóż, inne pojemności. Przeważnie jednak i on był zadowolony. Niestety nie podawano do obiadu niczego do picia, można jednak było zamówić sobie karafkę wina, piwo, czy napoje bezalkoholowe serwowane przez bar. Były też przypadki, że ludkowie przychodzili z własną wodą i obsługa przymykała na to oczy. Problem jedzenia mieliśmy zatem rozwiązany :) Nie znaczy to, że nie skusiliśmy się na bałtyckie fląderki, czy wakacyjnego gofra, takiej przyjemności nie można sobie było odmówić. Nie co dzień jednak mieliśmy taki apetyt.

Okolica Mikoszewa jest o wiele spokojniejsza niż Jantar, Stegna, czy Krynica Morska. Było tam kilka knajpek, kilka sklepów, ale "atrakcje" nie kuły w oczy. Do strzeżonej plaży mieliśmy chyba ze 3 km., ale idąc przez teren rezerwatu "Mewia Łacha" już maksymalnie 1,5 km. Ścieżka kończyła się wydmami a za nimi witała nas piękna dzika plaża. Ponieważ pogoda w połączeniu z inwazją biedronek (nie lubimy już tych żuczków, oj naprawdę nie lubimy) nie zachęcała do typowego plażowania (wszystko było momentalnie oblepione nakrapianymi najeźdźcami) braliśmy sztormiaki i wędrowaliśmy na spacery brzegiem plaży. I tak zachwyceni okolicą, upojeni szumem morza i rozpieszczeni przez delikatną pogodę (bla mnie i brzuszka idealna, nie za ciepło, nie za zimno) już pierwszego dnia pobytu zawędrowaliśmy brzegiem morza do sąsiedniego Jantaru. Tutaj plaża była już typowa, parawany, leżaczki, nawet znaleźli się chętni do kąpieli pod okiem czujnych ratowników. Zmęczeni tą wyprawą posililiśmy się flądrą w knajpie przy plaży. Następnie naszą uwagę zwróciły finały mistrzostw w poławianiu bursztynów. Przy okazji tego wydarzenia na plaży odbywał się koncert szantowy i ustawiono sporo punktów informacyjnych, gdzie każdy turysta mógł znaleźć coś dla siebie. Po tych wrażeniach powlekliśmy się już lądem w stronę Mikoszewa i co tu czarować, padłam ze zmęczenia... Dopiero pyszny barceloński obiad postawił mnie na nogi.

Na naszą dziką plażę chodziliśmy przy każdej sposobności i niezależnie od pogody. eR dał się całkowicie pochłonąć bursztynowej gorączce i garściami zbierał złoto Bałtyku. Ja z brzuszkiem nie bardzo nadawałam się do skłonów i przysiadów w tak dużej ilości, choć mnie również frajdę sprawiało zbieranie bursztynów. Uwieczniałam więc te połowy i uroki dzikiej plaży w seriach zdjęć (w moim skromnym mniemaniu niezwykle artystycznych). Na Mikoszewskiej plaży mnóstwo było malowniczych konarów i karp drzew wyrzuconych przez morze, a także drobniejszym patyków i patyczków wygładzonych przez wiatr i wodę. Miejsca te poza inspiracją były też doskonałymi "ławeczkami" dla zmęczonych spacerem. Właśnie w takiej scenerii pochłonęłam "Więźnia Nieba" podarowanego przez L. Muszę przyznać, że właśnie tego mi trzeba było, spokoju, spacerów, powietrza... Mój brzuszek to naprawdę dziecko wody. Szum fal i kołysanie spacerem usypiało mojego synka i jego aktywność podczas urlopu niepokojąco spadła. Całe szczęście dawał o sobie znać nocą gdy w końcu mamusia przestawała dreptać. 

Drzewa Mikoszewa

Nie taki zwykły patyk.
Ponieważ w okolicy mieliśmy kilka ciekawych zakątków do zwiedzenia odwiedzaliśmy je w mniej pogodnych momentach. Szczególnie przypadło mi do gustu niewielkie, bo niewielkie, ale bogate w eksponaty i szczegółowe ich opisy Muzeum Zalewu Wiślanego w Kątach Rybackich. Poza naturalnymi dla tematyki i okolicy eksponatami szczególnie urzekła mnie łódź stworzona z uzbieranych na Mikoszewskiej plaży patyczków. Młodsi goście mogli poćwiczyć z rodzicami wiązanie węzłów żeglarskich i obejrzeć film o tym jak przez dziesięciolecia zmieniło się życie i praca mieszkańców tego rejonu. My zabawiliśmy tam dobrą godzinę, bardziej dociekliwi z pewnością potrzebowaliby więcej czasu.

Łódź zbudowana z kawałków drewna wyrzuconych przez morze.
Innym razem wybraliśmy się w nieco bardziej odległą wyprawę, do Krynicy Morskiej. Miasteczko tętniło życiem i turystami. Na ulicach było tłumnie i kolorowo, wszędzie pamiątki (różnego pochodzenia), knajpki, smażalnie, stoiska z każdym możliwym plażowym ekwipunkiem i parkometry. Niestety jeśli ktoś planuje poruszać się samochodem w Krynicy Morskiej musi liczyć się z opłatami za parkowanie pobieranymi dosłownie wszędzie. Sama plaża okazała się bardziej cywilizowana, z wielką zjeżdżalnią, ładnymi knajpkami, było to również miejsce w którym rybacy cumowali po powrocie z połowów. Mieliśmy więc okazję obserwować powrót kutrów z sieciami pełnymi ryb. Świeżutkie fląderki kusiły amatorów morskich przysmaków. Gdy już nasyciliśmy oczy plażą i kutrami udaliśmy się w stronę latarni morskiej. Może nie jest ona szczególnie wysoka, bez większych kłopotów wspięłam się na nią tachając brzuszek, to widok jaki się z niej roztacza wart jest wdrapania się na wąskie spiralne schody. Zza bezpiecznej szyby można podziwiać nie tylko wybrzeże, ale i malowniczy Zalew Wiślany. Nawet osoby nie czujące się komfortowo na wysokości dobrze znosiły pobyt w osłoniętym i zamkniętym balkonie widokowym. Pięknie tam wokoło było...

W okolicy znajdowały się też nieco mroczniejsze pamiątki minionych czasów. W Sztutowie można było bezpłatnie zwiedzić pozostałości obozu koncentracyjnego z okresu II wojny światowej. Nie zdecydowałam się jednak na to w moim stanie, eR stanowczo mi tego zabronił i stwierdziłam, że takie emocje, a na pewni byłyby silne, naszemu synowi są w tym momencie zbędne. Następnym razem jednak nie ominę tego miejsca.

Poza śladami przeszłości Szczutowo może pochwalić się przyjazną turystom infrastrukturą, ścieżkami do nordic walking i trasami rowerowymi. Kusi też rejs po zalewie...

Po tych atrakcjach z miłą chęcią wracaliśmy na obiad do naszej bazy wypadowej, a po małej sjeście wędrowaliśmy na połów bursztynów... Co prawda o zachodzie słońca zalany złotem piasek kamuflował te małe skarby, jednak atmosfera spokoju i błogości była bezcenna. Jak tak teraz patrzę na ten zachód słońca, to słyszę szmer morza, chrzęst piasku i wracam tam... na chwilę... by złapać oddech od codzienności...

Raj
Żal było wracać, jednak zdjęcia, filmy, no i ładna kolekcja bursztynów będą nam przypominały o tym gdzie możemy wrócić.
Skarby

Brak komentarzy: