Czasami jestem na siebie zła za to, że jestem za silna. Ciężko to opisać, ale życie mnie nauczyło, że choć mogę liczyć na rodzinę i przyjaciół, to muszę umieć sama o siebie zadbać, ogarnąć siebie i swoje sprawy. Mimo iż jestem w związku już dłuższy czas, to jakoś podświadomie nadal to robię. Ok, fajnie jest być samodzielną i nie musieć się oglądać na nikogo, ale... ale czasem mnie to frustruje, drażni, denerwuje, że nie umiem okazać takiej naiwnej bezradności i poczekać, aż kto inny zajmie się sprawą... No wkurza mnie to, ja chcę skutecznych i efektownych rozwiązań w możliwie minimalnym czasie. Dlatego nie daję być może możliwości działania partnerowi... a co gorsza rozpaskudzam tym faceta mego, skoro on wie i widzi i (o zgrozo) przyzwyczaił się, że ja zawsze coś wymyślę, znajdę wyjście, to po co sobie głowę zawracać, no logiczne... Tylko, że ja bym mimo wszystko chciała czasem zrzucić z barków całą tą odpowiedzialność, usiąść, zrobić zbolałą minkę i powiedzieć "nie wiem" i poczekać aż to co akurat nas trapi samo (cudzą głową i łapkami) się załatwi. Bardzo bym chciała, żeby czasem ktoś mnie w tym myśleniu i działaniu wyprzedził i podsunął rozwiązanie problemu lub nawet załatwił sprawę zanim ja się za to wezmę.
Bo to męczące jest cholera.
Kiedyś eM opieprzała mnie, że fatalnie się zachowuję, że tak nie można, że nie umiem być księżniczką, że powinnam być bardziej bezradna, zagubiona i bierna, dać się sobą zaopiekować... cóż cholera chciałabym, naprawdę bardzo bym chciała, ale cierpliwości mi brak i jak widzę rozwiązanie to załatwiam sprawę. Albo mnie krew zalewa i wywalam kawę na ławę i pokazuję co i jak trzeba zrobić. Efekty są, ale forma mnie nie satysfakcjonuje...
Zwłaszcza w ciąży to moje planowanie i działanie sięga zenitu...
Obiecuję sobie, że zwolnię i guzik... odpocznę dzień, dwa i mnie nosi i nakręcam się jeszcze bardziej...
Niedługo idę na zwolnienie, lekarka proponuje mi je od 2 miesięcy. Niby ze mną i małym wszystko ok, ale chyba pani doktor widzi jak szaleję i usiłuje mnie przyhamować... wbić mi do łba, że mam "siedzieć i pachnieć"... Mam nadzieję, że faktycznie uda mi się wyciszyć w tych ostatnich tygodniach ciąży. O ile wszystko będzie załatwione... tak czy i inaczej, znaczy przeze mnie, lub moich kochanych...
Jakoś jedynie eR potrafił mnie na chwilę usadzić (dosłownie) na kanapie i zmusić do nicnierobienia... ale ostatnio chyba mu się odechciało wojowania ze mną o to...
Mam więc nową mantrę "siedź na d... nie kombinuj".
Tylko dlaczego ja wiem, że nic z tego nie będzie???
Ja chyba naprawdę, mimo lenistwa, które uwielbiam, to mam jednak ADHD...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz