Postanowiłam pomóc bratu w ogarnięciu się. Takim życiowo - zawodowym. Męczy się już biedak długie miesiące na tym bezrobociu, w degrengoladę popadł totalną, w depresję zapewne przy okazji też i stracił chłopak i wiarę w siebie i wszelką nadzieję. Jako, że rozmowy niewiele już dawały... no bo ile można słuchać, że będzie lepiej, los się uśmiechnie i trzeba być takim, śmakim i owakim... no jako, że słowa straciły moc, trzeba było czynu.
"Okazja nadarzyła się sama", a ja tam nie wierzę w takie przypadki, wierzę, że okazję dostaje ten kto jej szuka i potrzebuje. Ja złapałam ją tylko dlatego, że miałam oczy i uszy otwarte, oraz dlatego, że staram się być zwyczajnie kulturalna. Nie ważne, czy mój rozmówca, to tak zwana ważna osoba, czy też szarak. Czy to senatora, czy to sprzątaczkę staram się po prostu traktować uprzejmie. W końcu jak się do człowieka podchodzi po ludzku i grzecznie, to przeważnie odpłaca tym samym. No i dzięki temu, dzięki takiej niepozornej osóbce, wobec której po prostu byłam zwyczajnie kulturalna dowiedziałam się, że chłopak do pracy potrzebny od zaraz. Jak od zaraz to od zaraz, kujemy żelazo puki gorące. Przez kilka dni nic się nie działo, bo u potencjalnego pracodawcy był nawał spraw. Ja to rozumiem, ale mój brat po chwilowej euforii zaczął błyskawicznie łapać doła i nadzieja wyparowała z niego momentalnie. Trzeba było nim potrząsnąć, dać kopa na rozpęd, bo sprawa była do wygrania, tylko nie wolno było odpuścić i trzeba było w odpowiednim momencie się przypomnieć. Zatem zmobilizowałam dziś braciszka do działania słowem dobrym, acz stanowczym.Udało się!!! Dostał zaproszenie na rozmowę! Z tego przejęcia nie za bardzo dopytał się gdzie, ale że znam teren, to bez znaczenia. Tylko musiał tu dotrzeć na czas, no i tu znów zabawa. Nie wiem, czy to z nerwów, czy z gapiostwa, czy innej kosmicznej przyczyny pomylił drogę dwa razy. Gdybym nie wsiała na słuchawce i nie prowadziła, to by się skierował dokładnie w przeciwną stronę biedaczek. Udało nam się jednak znaleźć i finalnie doprowadzić do kontaktu z potencjalnym pracodawcą. Ja oczywiście wycofałam się dyskretnie jak tylko upewniłam się, że do kontaktu doszło...
Ufff... nerwy miałam chyba większe niż braciszek. Teraz z całych sił trzymam kciuki żeby dostał tą robotę. Kto może niech trzyma ze mną.
Aaaa!!! Ja tu piszę, a brat dzwoni, że go przyjęli i jutro zaczyna!!! Dzięki Ci losie słodki!!! Drogę do domu jakoś znalazł bez problemu skubaniec, więc to chyba stres mu pomieszał zmysł orientacji. Ale ulga...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz