Idę rano do pracy, patrzę na gmach, o, już ktoś jest w naszym biurze. Zasadniczo, to nic dziwnego, z tym, że akurat nie ma władzy wyższej i przychodzeniem przed czasem akurat teraz nikt się nie przypucuje… W sumie to nawet jak władza jest, to efektywność i precyzję przedkłada nad podbijanie karty. Rozsądnie.
Tak sobie idę i myślę, że to, pewnie nasz ranny ptaszek już jest, bo ma ciut inne godziny pracy, no i to okno przy jej biurku jest otwarte na oścież. Fajnie, pogadamy, wypijemy kawkę, miło będzie zjeść razem śniadanie. Wchodzę do pokoju i pierwsze co, to zderzam się z fetorem. Boziu, jak to dobrze, że nie jadłam w domu, bo by się to zmarnowało… To nie ranny ptaszek. To Grazin z Bazin!!! Co ona tu robi o tej porze? Aaaa, kojarzę fakty, pilnuje zastępcy szefa… Trzeba być zwartym i gotowym, a nóż go przydybie na jakiejś nieprawidłowości i rozdmucha sprawę jak to już bywało. Wszystko jasne. Humor mi zdechł. Grazin jest już za biurkiem, czujny, w pełnej gotowości i wsuwa jakąś wyjątkowo smrodliwą kapuchę. Jak to jedzie!!! Litości, nawet to otwarte okno nie daje rady. Dławiąc się uciekam do sekretariatu. Powinno się wprowadzić zakaz konsumpcji takich potraw na terenie biura!!! Jak ktoś ma smak na tego typu frykasy nich idzie do bufetu, albo pomieszczenia socjalnego piwnicy i tam smrodzi!!! Założę się, że wieki temu potraktowano by to jako wyrafinowaną torturę. A miało być tak pięknie, dzień dziecka miał być… A tu kapucha.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz