Najpierw wyjechał mój ojciec. Powodów było wiele, za wiele, i choć dla całej rodziny, szczególnie dla mamy, było to bardzo ciężkie przejście, po niemal 5 latach jakoś przyzwyczaiłam się do tej dzielącej nas odległości. Spędzamy razem święta, widujemy się kilka razy do roku, tęsknię, ale wiem, że jest gdzieś tam i w razie czego będzie mnie wspierał… Mam wyrzuty sumienia, że za rzadko odwiedzam tatę, ale prawda jest taka, że koszty takich podróży są dla mnie na dzień dzisiejszy poważną przeszkodą. Cieszę się, że jest Internet, że są telefony, że mimo setek, tysięcy kilometrów czuję bliskość.
Rok później wyjechał mój brat. Zrobiło się jakoś pusto. Szczególnie przeżyła to mama, której dom nagle stał się zbyt duży, zabrakło w nim gwaru, głosów, ludzi, zabrakło męża i syna. Do dzisiejszego dnia miewa z tego powodu chandry, tęskni, czuje się samotna. Nie zawsze udaje mi się rozproszyć te ciemne chmury.
Od początku było wiadomo, że wcześniej, czy później mama pojedzie do chłopaków na stałe. Odwlekała jednak wyjazd z wielu powodów, powoli lecz nieubłaganie wszystkie te przeszkody zniknęły. Nie zostało nic co by mogło ją zatrzymać, nic poza mną, jej mamą i siostrą… A tam czeka mąż i syn… To bardzo trudne.
Moja rodzina jest rozdarta między chęcią bycia razem i… paradoksalnie, chęcią bycia razem. Tutaj mamy dom. Mamy korzenie, dalszą i bliższą rodzinę, wspieramy się i jesteśmy zżyci. Wielokrotnie czyniono mi wyrzuty, że jestem niepokorna, nie angażuję się tak mocno w życie familii, ale robię to na tyle na ile umiem, na ile mogę, cały czas jestem jednak świadoma tej więzi. Mam poczucie bezpieczeństwa i poczucie obowiązku. Tak jest tutaj, a tam, za wodą, jest kawałek naszego serca i rozłąka staje się nie do zniesienia. Nadszedł więc ten moment, gdy przymiarki do wyjazdu mamy zaczynają przybierać bardzo poważną formę.
Gdy tak wczoraj rozmawiałyśmy o tym kiedy chce pojechać, co musi zrobić przed wyjazdem, o tym co obydwie musimy pozałatwiać, zrozumiałam, że właśnie z tą chwilą tracę kolejny fragment dzieciństwa. Nie będzie już mamy, która zjawi się na każde moje zawołanie. Nie będzie komu wypłakać swoich żali, ani nie będzie z kim dzielić się radością i sukcesami… To znaczy będzie, jest z kim, ale to już zupełnie co innego. Tracę rodziców na raty, po kawałku, tak to czuję. Kończy się kolejny etap mojego życia, będę musiała radzić sobie ze wszystkim sama.
Nie wiem jak to będzie dalej. Gdy słyszę, że trzeba będzie wynająć rodzinny dom, zabrać z niego wszystkie rzeczy, które moja rodzina gromadziła przez lata, przedmioty zwykłe i niezwykłe, ubrania, książki, wszystko to co zalega na regałach, w szafach, pawlaczach, piwnicy, całe życie spakować w pudełka, wywieźć i schować, to zupełnie nie umiem sobie tego wyobrazić. Zawsze mogłam tu wpaść pogadać, zawsze mama była tu dla mnie, teraz nie będzie tu nikogo. Smutne. Mamy jeszcze trochę czasu, ale to minie bardzo szybko… Zwłaszcza latem.
Jak ja sobie z tym poradzę? Zawsze kochałam samodzielność, ale zawsze miałam wyjście awaryjne. Teraz go zabraknie. Teraz będę musiała sobie radzić - zawsze. Mam czas by przygotować się do tej rewolucji. Nie zmienia to jednak faktu, że się jej boję. Zwyczajnie i po ludzku.
2 komentarze:
:* Poradzisz sobie. wierzę w Ciebie Słońce!
Dziękuję :)
Prześlij komentarz