Z powodu nieprzewidywalnej sytuacji na drogach dojazdowych do i z Warszawy i rychłej solowej mojej wycieczki w okolice, których płynność komunikacyjna jest zagrożona… moje kochanie wymyśliło mi atrakcję w postaci jazdy kolejką. Pomysł sam w sobie błyskotliwy, tylko, że ja ostatnio jechałam tą trasą… no właśnie nie pamiętam kiedy, pewnie w głębokiej podstawówce pod opieką rodziców. Nawet wtedy była to nie lada atrakcja. Teraz wygląda na to, że będę miała o czym myśleć. Będę kminić ten temat jak na rasowego koziorożca przystało i w sumie sprawia mi to sporo przyjemności. Na chwilę obecną jest tak, że…
Stacje wyjazdową i docelową znam. Karta Miejska uprawnia mnie do… No i tu się zaczyna zabawa. Do swobodnego poruszania się wszystkim co jeździ po drogach i torach w obszarze pierwszej strefy, a ja akurat wybieram się kawałeczek dalej. Muszę zatem wykupić bilet na 2 kolejne przystanki. Cennik biletowy jest jakiś pokręcony, bo cena biletu zależy od ilości kilometrów jaką chce się przebyć. Może to i logiczne, ale skąd ja mam wiedzieć ile kilometrów będę jechała? 5? Może 10, nie tak, daleko nie… No i klops. Pewnie dowiem się na stacji… Zawiozą mnie Koleje Mazowieckie, nie pomylić z czym innym, bo do Prószkowa pojadę. Będę pamiętała..
Muszę na czas dopaść do stacji, kupić bilet i złapać TEN pociąg. Do tego będę targać jakąś walizeczkę, przecież jako rasowy mieszczuch muszę mieć nadmiar garderoby, bo pogoda, temperatura i oczywiście czysto kobiecy humor mają wpływ na to co by się chciało akurat włożyć.
W tym wszystkim jest wielce prawdopodobne, że w trakcie tej wycieczki mogę wpaść na mojego szefa, bo wiem, że jeździ tą trasą. Cóż, jeśli go podpytam o przejazd, to już na pewno się mną zaopiekuje i zaprowadzi gdzie trzeba. Tylko, że ja chyba nie chcę. Nie, ja sama, tak, tak będzie lepiej. Boooże, jak dzieciak. I dzika radość.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz