
Sceptykom i ateistom poniższego tekstu szczerze nie polecam...
Boli mnie głowa. Od wczoraj. Choć może nie tyle boli, co ćmi, nie na tyle mocno żeby faszerować się medykamentami, jednak na tyle by od czasu do czasu zwrócić moją uwagę. Jak tak dalej pójdzie to skuszę się na jakiś uśmierzasz bólu, lecz na razie poczekam, może samo przejdzie.
Być może wzięło się to z niewyspania, bo mój organizm potrzebuje zdecydowanie więcej niż 5 godzin snu. Nawet ten krótki czas nie pozwolił mi się zregenerować, bo przyplątał mi się niespokojny sen. Rzadko śni mi się coś o tak wczesnej porze. Ostatnio jednak zaczęło się to robić nagminne i co gorsza nie są to miłe senne marzenia, a bardzo niepokojące wizje. Dzisiejsza przyćmiła pozostałe. Miałam umrzeć. Obudziłam się dokładnie w chwili gdy byłam pewna, że nie uniknę losu, w chwili śmierci…
Może po kim innym spłynęłoby to bez problemu. Nie po mnie jednak. Zbyt głęboko siedzę w paranormalnych tematach. Fakt iż ostatnio odwiesiłam „życie magiczne” na kołek nie zmienia faktu, że widzę i czuję w nieco innej perspektywie niż ateiści. Symbolikę zaś znam aż nadto dobrze. Do snów zawsze podchodzę z dystansem i nie uważam ich za wyrocznię. Jednak zdarzyło mi się kilka razy w życiu złapać realny obraz przyszłości, przewidzieć co się stanie. Potem o tym zapominałam i gdy w realnym życiu dochodziło do tego zdarzenia uderzało we mnie poczucie, że wiem co będzie. Wiedziałam. I wiedziałam skąd wiem. Ufam, że ten sen nie będzie proroczy, choć swojego oprawcę poznałabym na ulicy. Jedna osoba z dwóch. Jeszcze mi dziwnie jak o tym piszę, naprawdę okropny sen. Jestem jednak przekonana, że to nie jest ten rodzaj wizji, a innej.
Zrozumiałam to, może i z powodu banalnego, jednak otworzyła mi się „szufladka”. Kiedy? Po przeczytaniu horoskopu… Znów mała sprzeczność, nie przykładam do nich wagi, znam mechanizmy ich tworzenia. Czym innym jednak jest profesjonalny horoskop wyliczany przez astrologa, ten ma dla mnie dużą wartoćś. Ale nie o tym dziś. Mimo sceptycyzmu w tej materii mam swój ulubiony horoskop, ulubiony, bo zawsze ma ciekawą treść, a nie jakieś banały wyssane z palca, zawsze daje mi do myślenia. Dziś zostałam obdarowana takim przesłaniem:
„Nie warto porównywać, każdy człowiek jest jedyny i niepowtarzalny. Uwaga na twardą politykę, ktoś ma węża w kieszeni. To również koniec pewnego etapu życia.”
No i olśniło mnie. XIII!!! Tarotowy Wielki Arkan Śmierci. Od dłuższego czasu rozpisuję się jakie to mam uczuciowe burze. Zaczynam coś nowego… No ale jakoś kurczowo trzymam się starego życia… A ono jest już za mną. Definitywnie i nieodwołalnie. Mimo to ciągle oglądam się przez ramię. Trochę mi będzie brak tej pełni swobody, zupełnej niezależności i absolutnej wolności. Czasami jej nadużywałam, czasami balansowałam na granicy, czasami przekraczałam ją świadomie, wytyczałam na nowo. Teraz rezygnuję z tego życia. Nie tak łatwo jest umrzeć. Zostawić to wszystko i wejść w nowe wcielenie. Wisi nade mną jeszcze jedna ciężka myśl. XIII była kartą patronacką mojego byłego męża. Teraz zaczynam budować pierwszą poważną relację od chwili uzyskania wolności. Coś faktycznie się kończy i coś się zaczyna.
(miną mi ból głowy)
Boli mnie głowa. Od wczoraj. Choć może nie tyle boli, co ćmi, nie na tyle mocno żeby faszerować się medykamentami, jednak na tyle by od czasu do czasu zwrócić moją uwagę. Jak tak dalej pójdzie to skuszę się na jakiś uśmierzasz bólu, lecz na razie poczekam, może samo przejdzie.
Być może wzięło się to z niewyspania, bo mój organizm potrzebuje zdecydowanie więcej niż 5 godzin snu. Nawet ten krótki czas nie pozwolił mi się zregenerować, bo przyplątał mi się niespokojny sen. Rzadko śni mi się coś o tak wczesnej porze. Ostatnio jednak zaczęło się to robić nagminne i co gorsza nie są to miłe senne marzenia, a bardzo niepokojące wizje. Dzisiejsza przyćmiła pozostałe. Miałam umrzeć. Obudziłam się dokładnie w chwili gdy byłam pewna, że nie uniknę losu, w chwili śmierci…
Może po kim innym spłynęłoby to bez problemu. Nie po mnie jednak. Zbyt głęboko siedzę w paranormalnych tematach. Fakt iż ostatnio odwiesiłam „życie magiczne” na kołek nie zmienia faktu, że widzę i czuję w nieco innej perspektywie niż ateiści. Symbolikę zaś znam aż nadto dobrze. Do snów zawsze podchodzę z dystansem i nie uważam ich za wyrocznię. Jednak zdarzyło mi się kilka razy w życiu złapać realny obraz przyszłości, przewidzieć co się stanie. Potem o tym zapominałam i gdy w realnym życiu dochodziło do tego zdarzenia uderzało we mnie poczucie, że wiem co będzie. Wiedziałam. I wiedziałam skąd wiem. Ufam, że ten sen nie będzie proroczy, choć swojego oprawcę poznałabym na ulicy. Jedna osoba z dwóch. Jeszcze mi dziwnie jak o tym piszę, naprawdę okropny sen. Jestem jednak przekonana, że to nie jest ten rodzaj wizji, a innej.
Zrozumiałam to, może i z powodu banalnego, jednak otworzyła mi się „szufladka”. Kiedy? Po przeczytaniu horoskopu… Znów mała sprzeczność, nie przykładam do nich wagi, znam mechanizmy ich tworzenia. Czym innym jednak jest profesjonalny horoskop wyliczany przez astrologa, ten ma dla mnie dużą wartoćś. Ale nie o tym dziś. Mimo sceptycyzmu w tej materii mam swój ulubiony horoskop, ulubiony, bo zawsze ma ciekawą treść, a nie jakieś banały wyssane z palca, zawsze daje mi do myślenia. Dziś zostałam obdarowana takim przesłaniem:
„Nie warto porównywać, każdy człowiek jest jedyny i niepowtarzalny. Uwaga na twardą politykę, ktoś ma węża w kieszeni. To również koniec pewnego etapu życia.”
No i olśniło mnie. XIII!!! Tarotowy Wielki Arkan Śmierci. Od dłuższego czasu rozpisuję się jakie to mam uczuciowe burze. Zaczynam coś nowego… No ale jakoś kurczowo trzymam się starego życia… A ono jest już za mną. Definitywnie i nieodwołalnie. Mimo to ciągle oglądam się przez ramię. Trochę mi będzie brak tej pełni swobody, zupełnej niezależności i absolutnej wolności. Czasami jej nadużywałam, czasami balansowałam na granicy, czasami przekraczałam ją świadomie, wytyczałam na nowo. Teraz rezygnuję z tego życia. Nie tak łatwo jest umrzeć. Zostawić to wszystko i wejść w nowe wcielenie. Wisi nade mną jeszcze jedna ciężka myśl. XIII była kartą patronacką mojego byłego męża. Teraz zaczynam budować pierwszą poważną relację od chwili uzyskania wolności. Coś faktycznie się kończy i coś się zaczyna.
(miną mi ból głowy)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz