Za oknem trzaskający mróz. Noc. Koło 5.00 rano z błogiego snu obudził mnie tępy ból. Znam go, niestety znam lepiej niż bym chciała. W półśnie jeszcze sięgnęłam po tabletki, ale wiedziałam, że obudziłam się za późno… Wolałabym się nie obudzić, wolałabym żeby to był tylko zły sen. Niestety nie był. Szarpnął ostro wykręcający mi wnętrzności, zalewając całą swoją mocą, odbierając władzę nad ciałem - ból.
Przeklęte uroki kobiecości. Dawno już mnie tak nie dręczyły. Najgorsza w tym wszystkim była paląca świadomość tego, że jestem zupełnie sama, że nawet gdy krzyczę nikt mnie nie słyszy... a krzyczałam, wyłam z bólu. Wyłam w ciemność, w pustkę w nicość. Sama, po prostu, i tylko, tak dosłownie jak tylko się da, sama. I ból. Zalewający falami, pochłaniający z każdym razem bardziej. Wiedziałam, że za kilkanaście minut powinny zacząć działać leki. Trzeba chwilę wytrzymać. Ból kąsa zajadle, mocniej i mocniej bez przerwy… Gorący kaloryfer za plecami... Minuty jak wieki. Nie przestaje boleć, jest gorzej. Coraz gorzej. Aż dziw, że mogło rwać jeszcze mocniej. Nie byłam w stanie się ruszyć, nawet nie byłam w stanie zwinąć się w kłębek, choć tak bardzo chciałam, nie miałam na to sił. Wiedziałam, że nie stracę przytomności, bo najgorsze było przede mną. W tych kilku sekundach między atakami było mi źle, na ciele i na duszy… Czułam tylko jak wije się we mnie szalony, nieokiełznany ból i atakuje mocniej z każdym skurczem. A na skraju świadomości plątała się myśl, że w drzwiach jest przekręcony klucz i nie można ich otworzyć z zewnątrz, że muszę się do nich doczołgać, jakkolwiek... ustać na nogach... Do tej pory nie wiem jak mi się to udało. Bogom dzięki, że moja mama mieszka blisko. Że mimo trzęsących się rąk i wiru jaki mnie ciągną w otchłań zdołałam zadzwonić… Była jakiś kwadrans po telefonie. Kolejna garść proszków, za plecami parzący kaloryfer, na brzuchu termofor. I mój Anioł. I boli mniej. I pamiętam, że ból powolutku wypuszczał mnie ze swoich szponów i wtedy usypiałam. Potem budziło mnie kolejne szarpnięcie, chwila walki i znów sen. Ktoś jednak czuwał nade mną, mogłam sobie pozwolić na chwilę niebytu. Po kilku godzinach się obudziłam i mimo iż wciąż czułam, że wewnątrz tli się jeszcze żar, to byłam już w stanie normalnie funkcjonować. Sobotni poranek… Nowy dzień. Echo cierpienia. Ile osób musi wić się z cierpirnia w zupełnej samotności, bez szans na ratunek?
Przeklęte uroki kobiecości. Dawno już mnie tak nie dręczyły. Najgorsza w tym wszystkim była paląca świadomość tego, że jestem zupełnie sama, że nawet gdy krzyczę nikt mnie nie słyszy... a krzyczałam, wyłam z bólu. Wyłam w ciemność, w pustkę w nicość. Sama, po prostu, i tylko, tak dosłownie jak tylko się da, sama. I ból. Zalewający falami, pochłaniający z każdym razem bardziej. Wiedziałam, że za kilkanaście minut powinny zacząć działać leki. Trzeba chwilę wytrzymać. Ból kąsa zajadle, mocniej i mocniej bez przerwy… Gorący kaloryfer za plecami... Minuty jak wieki. Nie przestaje boleć, jest gorzej. Coraz gorzej. Aż dziw, że mogło rwać jeszcze mocniej. Nie byłam w stanie się ruszyć, nawet nie byłam w stanie zwinąć się w kłębek, choć tak bardzo chciałam, nie miałam na to sił. Wiedziałam, że nie stracę przytomności, bo najgorsze było przede mną. W tych kilku sekundach między atakami było mi źle, na ciele i na duszy… Czułam tylko jak wije się we mnie szalony, nieokiełznany ból i atakuje mocniej z każdym skurczem. A na skraju świadomości plątała się myśl, że w drzwiach jest przekręcony klucz i nie można ich otworzyć z zewnątrz, że muszę się do nich doczołgać, jakkolwiek... ustać na nogach... Do tej pory nie wiem jak mi się to udało. Bogom dzięki, że moja mama mieszka blisko. Że mimo trzęsących się rąk i wiru jaki mnie ciągną w otchłań zdołałam zadzwonić… Była jakiś kwadrans po telefonie. Kolejna garść proszków, za plecami parzący kaloryfer, na brzuchu termofor. I mój Anioł. I boli mniej. I pamiętam, że ból powolutku wypuszczał mnie ze swoich szponów i wtedy usypiałam. Potem budziło mnie kolejne szarpnięcie, chwila walki i znów sen. Ktoś jednak czuwał nade mną, mogłam sobie pozwolić na chwilę niebytu. Po kilku godzinach się obudziłam i mimo iż wciąż czułam, że wewnątrz tli się jeszcze żar, to byłam już w stanie normalnie funkcjonować. Sobotni poranek… Nowy dzień. Echo cierpienia. Ile osób musi wić się z cierpirnia w zupełnej samotności, bez szans na ratunek?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz