Był taki czas, że musiałam nauczyć się pragmatyzmu. W obecnych czasach to niezwykle cenna cecha, a była mi dalece obca. Do czasu… Chcąc nie chcąc musiałam porzucić swoją romantyczną wizję świata, gdzie najwyższą wartość stanowią szczere uczucia. Zderzyłam się z materializmem tego świata i zostałam brutalnie sprowadzona do parteru. Nie zwykłam jednak zginać potulnie karku. Wręcz przeciwnie. Niepokorna ze mnie dusza, zwłaszcza wobec siłą narzucanych zasad. Uparcie starałam się zachować w sobie cenne dla mnie wartości, a na zewnątrz walczyć według odwiecznego prawa dżungli. Co z tego wynikło? Trochę przerażam samą siebie. Nauczyłam się, bo musiałam, ranić, odpychać, stawiać mur. Choć w każdej wolnej chwili staram się pielęgnować to co ocalało z pierwotnej wizji, zgodnej z moją naturą. Może kiedyś będę mogła dzielić ten mój wewnętrzny świat z kimś kto go doceni, kto znajdzie do niego furtkę. Może już znalazł. Cały czas się nad tym zastanawiam. Po prostu trudno mi się do tego przyznać, że wpuściłam kogoś do swojego świata. Co On z tym zrobi? Wciąż nie lubię przegrywać, nawet z samą sobą, nawet wtedy gdy z góry wiem, że da to więcej korzyści niż wygrana. Ot i znów pragmatyzm się włączył.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz