czwartek, 28 stycznia 2010

Przystanek Alaska

Źródłem mojego dzisiejszego natchnienia jest nietypowa podróż do pracy, którą zawdzięczam Monice. Niniejszym dedykuję jej zatem ten tekst.
Autobusem? Jak to autobusem? Nie pamiętam kiedy ostatnio jechałam autobusem. W dalszym ciągu sobie nie przypominam… Jestem zagorzałą fanką transportu szynowego, metro i ewentualnie tramwaj to moje środki lokomocji, szybko, prosto i na czas. Ale nie, tym razem dałam się skusić na przejazd ikarusem, czy innym niskopodłogowcem. Może dlatego, że od rana dopisuje mi dobry humor i cieszę się wszystkim dookoła.
Śnieg. Prószy, pada, sypie, jak w bajce. Okrywa poszarzały lód lekkim puszkiem. Nie jest szczególnie zimno, po ostatnich mrozach zaryzykowałabym stwierdzenie, że jest całkiem przyjemna temperatura, tylko trochę wieje. Stoimy sobie na przystanku i czekamy. Czekamy. Czekamy… Pewne rzeczy się nie zmieniają. Przyjechały wszystkie autobusy poza tym, którym miałyśmy jechać. W końcu wsiadłyśmy w inny, także jadący do celu naszej podróży, tyle że naokoło. Nic to. Autobus pusty, wolna kanapa w pierwszym rzędzie, z widokiem na trasę. Luskus, nie? Nawet jest ogrzewanie. Kierowca prowadzi płynnie i sprawnie. Wyruszamy z Ursynowa do Śródmieścia.
Zaczyna się dla mnie podróż w czasie. W dzieciństwie często bywałam w tej okolicy, tak więc praktycznie przy każdym przystanku wracały do mnie skrawki tych szczenięcych lat, różnych śmiesznych obrazów, lekko już zatartych ale grzejących serduszko. Dałam się ponieść tej fali wspomnień. Może nieco chaotycznej, ale jakże urokliwej.
Tutaj była składnica harcerska, chodziłam tam z tatą. Może dlatego wciąż lubię militaria? Lubiłam to miejsce.
Tam był stomatolog, mój brat strasznie go nie lubił. Zazdrościłam mu, że zawsze dostaje „prezent” od lekarza żeby nie płakał. Ja nie miałam okazji się mazgaić, za zdrowe ząbki miałam.
Obraz się zmienia i widzę pawilon, w którym miałam rytmikę. Kiedy to było? Kilka lat miałam, może ze 4? Z tej górki zjeżdżałam na sankach, z tamtej też, oj znów mam ochotę na tą dziecinną zabawę.
Jedziemy dalej, dalej, dalej i… mijamy okolicę, w której mieszkałam do 6 roku życia. Dolinka, Służewiec, tu wspomnienia się zagęszczają. Mój dawny dom, stawy, gdzie zimą były wspaniałe ślizgawki, a latem karmiłam kaczki i oglądałam złowione przez wędkarzy rybki.
Moje przedszkole, tylko rok tam spędziłam, ale jednak. I weterynarz!!! Mieliśmy z okna widok na klinikę weterynaryjną. Zgadnij kim chciałam zostać jak dorosnę? Bardzo chciałam być weterynarzem, albo opiekunem w zoo. Pamiętam ile razy rodzice mi tłumaczyli, że ze względu na moją chorobę nie mogę pracować ze zwierzętami. Było mi wtedy przykro. Pamiętam, że w żartach proponowali, żebym została pediatrą i ratowała życie maluchom. Zawsze uważałam, że to wspaniały zawód, ale i tak wolałam zostać weterynarzem.
Po drugiej stronie ulicy kościółek, w którym byłam chrzczona. Nie, no tego akurat nie pamiętam. Za to budzi się wspomnienie barwnej procesji na Boże Ciało. Uwielbiałam rozrzucać kwiatki.
Stara Kuźnia. Prawie nie widać jej pośród nowych budynków. Ciekawe, czy ścieżka, którą jeździłam do Powsina jest jeszcze przejezdna?
Ale, ale, mijamy Stegny, ile ja czasu na tym torze łyżwiarskim spędziłam, oj dużo!
Autobus krąży dalej, po okolicy, do której nie mam już tylu sentymentów, ale w chwili gdy mijamy Park Łazienkowski znów się rozczulam. Kiedyś moja mama mało mandatu tu nie dostała, bo nijak nie szło mi wybić z głowy żeby nie ganiać wiewiórek po trawnikach. Ja za nimi, mama za mną, milicjant za nią. Skończyło się na śmiechu. Dużo, bardzo dużo takich łazienkowych perełek mam w pamięci.
Rozdroże, dorośleję… Ile to szalonych koncertów na Agrykoli zaliczyłam swego czasu? Rokowe nutki mruczą mi we wspomnieniach.
Wysiadamy, ale to nie koniec przygody. Monika prowadzi mnie swoją trasą. Nigdy nie szłam tą drogą. Wkraczamy w inny świat. Równie silne wrażenie co otoczenie robi na mnie zmiana jaka zaszła w mojej przewodniczce. Nie tak dawno temu do głowy by jej nie przyszło by jechać autobusem, czy iść akurat tędy. Jeśli by już jakimś cudem dała się przeciągnąć tym szlakiem to delikatnie mówiąc nie byłaby zachwycona. A dziś? Dziś to Ona prowadzi, opowiada, śmieje się. Razem brniemy po kostki w śniegu, idziemy ścieżką między niewielkimi domkami, mijamy ciężarówkę dowożąca węgiel… Inny świat, inny czas, inna rzeczywistość. A to wszystko jest tutaj, tak blisko, zaledwie kilka kroków.
Dziękuje Ci Moniś, za tą pełną wspomnień i wspaniałych wrażeń wyprawę. Naprawdę dobrze jest czasami zejść z utartego szlaku i doświadczyć czegoś nowego. Wspaniały początek dnia.

Brak komentarzy: