Są takie dni, bardzo wredne dni, kiedy lepiej by było nie wstawać z łóżka. Choć jak się zastanowić, to może i to nie byłoby najlepsze, bo wówczas na bank sąsiad przetestuje nową wiertarkę udarową drylując nam dziurę w mózgu.
No, może trochę przesadzam, nie było aż tak źle, ale, umówmy się, różowo też nie.
Się przeziębiłam. Od tego się zaczęło. Niby tylko osłabienie, katar i w gardle drapie, ale dyskomfort spory.
W pracy przeprowadzka do innego pokoju… Trwa od kilku dni. Wszędzie pudła, meble, totalny rozgardiasz, marudzenie pań z pokoju i radosna improwizacja administracji nie ogarniającej nawet samej siebie. Przy okazji, panom targającym sprzęt – naprawdę gorąco dziękuję, za cierpliwość i niezłe pomysły w kwestii aranżacji przestrzeni biurowej, jest super. Marnujecie talent! Łatwo nie było, tym bardziej, że podczas chwilowej nieuwagi moje biurko podstępem zmieniło właściciela… Nie będę się o tym rozpisywać, grunt, że własność odzyskałam, choć nie obyło się bez nerwów. Nic to, tłumaczę sobie, po pracy czeka mnie wszak mnóstwo przyjemności. Dwie randki. W końcu jako wolna kobieta mogę cieszyć się zyciem. Los zakpił sobie z moich planów. Niby nic, a jednak zrobiło mi się przykro.
Zdrowie, na minusie.
Praca, na zero.
Faceci, dwa razy minus (że to niby daje plus? no może w pewnych układach).
Reasumując, wieczór w domowym zaciszu okazał się jedyną bezpieczną opcją. Przynjmniej kotołak się ucieszy z mojej obecności. Jako, że nie miałam nic lepszego do roboty włączyłam film, zwinęłam się w kłębek na kanapie i stwierdziłam, że mam wszystko w nosie, a już szczególnie tak zwane randki. Jak mnie świat nie lubi, to ja go tym bardziej. Foch.
Chmurę czarnych myśli przerwał telefon. Captain My Captain, a to niespodzianka. Jak to parę ciepłych zdań od przyjaciela potrafi zmienić nastrój… Naprawdę się cieszę na to spotkanie. Nawet nie wiesz, że mnie przypadkiem z dołka wyciągnąłeś. Dziękuję, że jesteś.
No, może trochę przesadzam, nie było aż tak źle, ale, umówmy się, różowo też nie.
Się przeziębiłam. Od tego się zaczęło. Niby tylko osłabienie, katar i w gardle drapie, ale dyskomfort spory.
W pracy przeprowadzka do innego pokoju… Trwa od kilku dni. Wszędzie pudła, meble, totalny rozgardiasz, marudzenie pań z pokoju i radosna improwizacja administracji nie ogarniającej nawet samej siebie. Przy okazji, panom targającym sprzęt – naprawdę gorąco dziękuję, za cierpliwość i niezłe pomysły w kwestii aranżacji przestrzeni biurowej, jest super. Marnujecie talent! Łatwo nie było, tym bardziej, że podczas chwilowej nieuwagi moje biurko podstępem zmieniło właściciela… Nie będę się o tym rozpisywać, grunt, że własność odzyskałam, choć nie obyło się bez nerwów. Nic to, tłumaczę sobie, po pracy czeka mnie wszak mnóstwo przyjemności. Dwie randki. W końcu jako wolna kobieta mogę cieszyć się zyciem. Los zakpił sobie z moich planów. Niby nic, a jednak zrobiło mi się przykro.
Zdrowie, na minusie.
Praca, na zero.
Faceci, dwa razy minus (że to niby daje plus? no może w pewnych układach).
Reasumując, wieczór w domowym zaciszu okazał się jedyną bezpieczną opcją. Przynjmniej kotołak się ucieszy z mojej obecności. Jako, że nie miałam nic lepszego do roboty włączyłam film, zwinęłam się w kłębek na kanapie i stwierdziłam, że mam wszystko w nosie, a już szczególnie tak zwane randki. Jak mnie świat nie lubi, to ja go tym bardziej. Foch.
Chmurę czarnych myśli przerwał telefon. Captain My Captain, a to niespodzianka. Jak to parę ciepłych zdań od przyjaciela potrafi zmienić nastrój… Naprawdę się cieszę na to spotkanie. Nawet nie wiesz, że mnie przypadkiem z dołka wyciągnąłeś. Dziękuję, że jesteś.
1 komentarz:
do usług :)
Prześlij komentarz