Pozostając blisko tematyki relacji międzyludzkich dziś mam ochotę napisać co nieco o przyjaźni.
Prawdziwa przyjaźń to najlepsze co się może w życiu człowiekowi przytrafić. Takie więzi i emocje są daleko bardziej trwałe niż na przykład miłość… Choć kto wie, czy nie są trudniejsze do zbudowania?
Miłość to w końcu nie tylko jedność umysłów ale także ciał, a to całkowicie zmienia postać rzeczy. No, ale nie o miłości miało być a o przyjaźni. Choć muszę się przyznać, że i w przyjaźni miłość kwitnie, to jednak na nieco innym poziomie.
Od przyjaciół wymagam wiele, jednak to samo daję w zamian. To prawda, że dla tych paru osób czas i miejsce zawsze znajdę. Zawsze, ponieważ to bardzo wąski krąg, w którym mogę sobie pozwolić na absolutne i niczym nie skrępowane bycie tylko i wyłącznie sobą. Mogę śmiało mówić o tym co myślę, czuję, wiem, że niezależnie od tego co głupiego zrobię to i tak jestem zawsze akceptowana. Choć moi przyjaciele nie zawsze popierają moje działania, czy tok myślenia, potrafią mi wytknąć różne słabe punkty, to niezależnie co będzie się działo mam ich wsparcie. Tym bardziej cenię sobie ich opinię.
Mam takie dziwne zdolności. Przyciągam poranione dusze. Nie wiem, czy to moja naiwna wiara w ludzi, czy chęć czynienia świat lepszym (wiem, wiem, okropny banał, ale ja naprawdę lubię ten mój mały świat i tworzę go wokół siebie uparcie i konsekwentnie). W każdym razie nie raz i nie dwa bliżsi i dalsi znajomi skorzystali z tego azylu i poskładali psychikę. Wiem, że w większości przypadków to co z siebie dałam nie wróci do mnie. Jednak dla tych kilku szczerych i prawdziwych osób, które spotkałam na swojej drodze – warto było. Przekonałam się o tym gdy w moim życiu nastąpił kataklizm. Choć do tej pory noszę w sobie jego ślady, to nie mogę się nadziwić jak wiele dali mi wówczas właśnie przyjaciele. I nie tylko przyjaciele… Również dawni znajomi i zupełnie nowi ludzie. Co ciekawe obudzone wtedy więzi trwają nadal. To jednak Oni, ta mała grupa najbliższa skórze, uparcie i niestrudzenie trwała obok. I nie pozwoliła mi upaść.
Tak wzajemnie wypróbowani, cieszymy się dziś swoim towarzystwem. Tak różni, tak niepodobni, wiemy, że łączy nas coś więcej.
Hasło rzucone kiedyś przeze mnie do słuchawki „grupa wsparcia w trakcie natarcia” jest teraz słowem kluczem. Rzucamy wszystko i jesteśmy. Jesteśmy na pysznym domowym obiedzie, jesteśmy w ulubionej knajpie, siedzimy przy winie, świecach, muzyce, cieszy, w klubie, w lesie, przy grillu, kominku, wśród salw śmiechu, i we łzach.
Dziękuję Wam LAJAK`i
i załodze Patologii też...
5 komentarzy:
Patologia daje ognia... Coś mi się widzi, Miss Admiral, że jestem jedną z tych poranionych dusz :( A jeżeli jeszcze nie, to z całą pewnoscią jestem na dobrej drodze, by się takową stać :)
Captain My Captain, mam nadzieję, że mimo wszystko się nie pokaleczysz. W razie czego kurs pierwszej pomocy przedmedycznej skończyłam z wyróżnieniem, znaczy reanimacja gwarantowana :*
Oj, Kreciku, w sumie nie mam nic przeciwko wspólnemu zestarzeniu się i graniu w karty z wałkami na głowie, oczywiście z opcją adopcyjną a la Violetta Villas.
Miss Admiral, to Ty jeszcze nie wiesz, że ja jestem emo? Jak cokolwiek mi nie wyjdzie albo pójdzie nie tak, moim podstawowym działaniem jest cięcie się. Nie widziałaś setek blizn na moich przedramionach?
DD, nas nie rozdziobią kruki i wrony, nas zjedzą białe myszki...
Avenraad, Ty chyba jesteś ostatnim werterowskim wcieleniem :*
Prześlij komentarz