poniedziałek, 8 marca 2010

8 marca

Są tacy, którzy ze świętym oburzeniem krzyczą, że to święto komunistyczne, że sztuczne, naciągane i szowinistyczne. Nie bardzo ich rozumiem. Ja nie widzę w nim ideologii upadłego reżimu. Ja widzę miły gest, ukłon w stronę płci pięknej, pretekst do okazania sympatii. A takich nigdy za wiele. I nie pozostaję dłużna, pamiętam o miłych panach w dniu 30 września (ciekawostka, w Japonii Dzień Chłopaka obchodzi się 5 maja). Dziękuję tu i teraz tym, którzy o mnie dziś pamiętali.
Szczególnie R.

Snując dalsze rozważania o Dniu Kobiet, z argumentem, że kobietą jest się cały rok, a nie jedynie 8 marca, to się zgodzę. Nie miałabym też nic przeciwko by codziennie dostawać tulipana, bo te kwiatki naprawdę bardzo lubię. Proza życia nie jest jednak „usłana różami”, prędzej kolcami i chcąc nie chcąc muszę się z tym pogodzić. No i nie można być pazernym. Wracając jednak do tulipanów…
W zasadzie odkąd pamiętam to właśnie tulipany były dla mnie jakimś takim niezwykłym, czarodziejskim wręcz kwiatem. Ich różnorodne, intensywne barwy, ciężki słodki zapach, baśniowe kształty… Jako kilkulatka miałam w zwyczaju całować każdy ich pączek… Powód był dla mnie bardzo ważny. Miałam bowiem nadzieję, że w którymś kielichu tulipana znajdę w końcu Calineczkę. Jak dotąd nie znalazłam, ale się nie zrażam. Sentyment mi pozostał. Lubię kwiatowe gesty sympatii, lubię tulipany, stokrotki, szafirki, konwalie, niezapominajki i wrzosy. Są dla mnie bardziej urokliwe niż wielkie i oficjalne kosze róż. Może dlatego, że lubię miejsca w których rosną? Choć nie grymaszę, każdy kwiatuszek jest mi miły, jeśli jest podarowany szczerze. Jako nieuleczalna romantyczka ilekroć zerknę na roślinkę tylekroć moje myśli wędrują ku osobie od której ją dostałam.
P.S. A od szefów dostałam pyszne ciastko, słodko!

Brak komentarzy: