Wywiad sąsiedzki jest lepszy niż MOSAD.
Wczoraj wysiadłam z metra i z ulubioną muzyką w uszach (po tygodniu, jakims cudem, znalazłam wreszcie zaginione słuchawki) dreptałam w kierunku domu, gdy nagle ktoś delikatnie stukną mnie w ramię. Pani sąsiadka. Niestety, to nie moja niegdyś ulubiona starsza "pani z pieskiem". Ten śledczy po śmierci nieodżałowanego pupila przestał tak żywo interesować się moim życiem i jakoś na siebie nie wpadamy.
Dygresja:
Doskonale pamiętam barwne dyskusje z "panią z pieskiem", chociażby o zamykaniu wewnętrznych drzwi i pełne pochwalnego tonu stwierdzenie „ja wiem, że pani za sobą drzwi zamyka, ja wiem kto ich nie zamyka”. Prawdziwym hitem były jednak chwytlowe hasła wywieszane na klatce:„tu nie Afryka, tu drzwi się zamyka” oraz "kulturalnych ludzi zamykanie drzwi nie trudzi". Ciekawy też był pomysł na zebraniu lokatorów, żeby uważać na sąsiadów i na publicznej liście wpisywać ile osób mieszka w lokalu według obserwatorów. Rozumiałam genezę problemu, ale wówczas pomysł inwigilacji był dla mnie tyleż śmieszny co przerażający.
Koniec dygresji! Do rzeczy:
Mam nową opiekunkę, tym razem młodszą, pani w wieku moich rodziców, mieszka kilka pięter wyżej z mężem i, a jakże, nie może być inaczej, z pieskiem. Czy posiadanie niewielkiego pieska jest znakiem rozpoznawczym śledczych sąsiedzkiej sieci szpiegowskiej? Cóż, jako, że trzeba mieć jako takie relacje z sąsiadami, w końcu regularnie daję im po uszach imprezowymi odgłosami, zatem trzeba się ukulturalnić nieco. Zaczęła się gładka rozmowa o pogodzie, że cieplej, że mokro, że wiosna za pasem i tu wywiad sąsiedzki zaczął inwigilację. Padła zapytanie, gdzie ja w tym roku spędzam wakacje. Takie pytania zawsze z uśmiechem zbywam stwierdzeniem, oczywiście jak zawsze, pod żaglami. Postronnym osobom muszę się wydawać albo straszną nudziarą, albo żeglarską maniaczką. Udało mi się zachęcić sąsiadkę do opowieści o znajomym co ma jacht i jest również zakochany w mazurach. Już myślałam, że wywinę się od poważniejszych tematów, gdy ostatnim tchem, już w windzie sąsiadka wyrzuciła z siebie, czy ja mieszkam pod numerem X. Nie, ja pod Y… a ona mi na to, że „ten tęższy sąsiad spod numeru X też się rozwiódł, istna plaga w tym bloku, bo i on i Pani (znaczy ja) i sąsiadka spod Z. Sąsiad spod X wygnają to mieszkanie i tam jest chyba agencja!”. No pięknie, pomyślałam. I ty się mnie dobra kobieto pytasz czy ja w agencji mieszkam? Już w progu mojego piętra MOSAD przyatakował, czy mi się z tym blondynem miłym układa… „Dziękuję, tak, do widzenia.”.
Drzwi się zamykają uff… Czmycham do mojego schronu. Naturalnie wychodząc wieczorem wpadam na tą samą sąsiadkę. Przybycie do lokalu zostało zakonotowane, wybycie także, wywiad żyje! Aż dziw, że ponowny powrót przebiegł bez czujnego spojrzenia sąsiedzkiego monitoringu. A może mi się tylko tak zdaje?
Wczoraj wysiadłam z metra i z ulubioną muzyką w uszach (po tygodniu, jakims cudem, znalazłam wreszcie zaginione słuchawki) dreptałam w kierunku domu, gdy nagle ktoś delikatnie stukną mnie w ramię. Pani sąsiadka. Niestety, to nie moja niegdyś ulubiona starsza "pani z pieskiem". Ten śledczy po śmierci nieodżałowanego pupila przestał tak żywo interesować się moim życiem i jakoś na siebie nie wpadamy.
Dygresja:
Doskonale pamiętam barwne dyskusje z "panią z pieskiem", chociażby o zamykaniu wewnętrznych drzwi i pełne pochwalnego tonu stwierdzenie „ja wiem, że pani za sobą drzwi zamyka, ja wiem kto ich nie zamyka”. Prawdziwym hitem były jednak chwytlowe hasła wywieszane na klatce:„tu nie Afryka, tu drzwi się zamyka” oraz "kulturalnych ludzi zamykanie drzwi nie trudzi". Ciekawy też był pomysł na zebraniu lokatorów, żeby uważać na sąsiadów i na publicznej liście wpisywać ile osób mieszka w lokalu według obserwatorów. Rozumiałam genezę problemu, ale wówczas pomysł inwigilacji był dla mnie tyleż śmieszny co przerażający.
Koniec dygresji! Do rzeczy:
Mam nową opiekunkę, tym razem młodszą, pani w wieku moich rodziców, mieszka kilka pięter wyżej z mężem i, a jakże, nie może być inaczej, z pieskiem. Czy posiadanie niewielkiego pieska jest znakiem rozpoznawczym śledczych sąsiedzkiej sieci szpiegowskiej? Cóż, jako, że trzeba mieć jako takie relacje z sąsiadami, w końcu regularnie daję im po uszach imprezowymi odgłosami, zatem trzeba się ukulturalnić nieco. Zaczęła się gładka rozmowa o pogodzie, że cieplej, że mokro, że wiosna za pasem i tu wywiad sąsiedzki zaczął inwigilację. Padła zapytanie, gdzie ja w tym roku spędzam wakacje. Takie pytania zawsze z uśmiechem zbywam stwierdzeniem, oczywiście jak zawsze, pod żaglami. Postronnym osobom muszę się wydawać albo straszną nudziarą, albo żeglarską maniaczką. Udało mi się zachęcić sąsiadkę do opowieści o znajomym co ma jacht i jest również zakochany w mazurach. Już myślałam, że wywinę się od poważniejszych tematów, gdy ostatnim tchem, już w windzie sąsiadka wyrzuciła z siebie, czy ja mieszkam pod numerem X. Nie, ja pod Y… a ona mi na to, że „ten tęższy sąsiad spod numeru X też się rozwiódł, istna plaga w tym bloku, bo i on i Pani (znaczy ja) i sąsiadka spod Z. Sąsiad spod X wygnają to mieszkanie i tam jest chyba agencja!”. No pięknie, pomyślałam. I ty się mnie dobra kobieto pytasz czy ja w agencji mieszkam? Już w progu mojego piętra MOSAD przyatakował, czy mi się z tym blondynem miłym układa… „Dziękuję, tak, do widzenia.”.
Drzwi się zamykają uff… Czmycham do mojego schronu. Naturalnie wychodząc wieczorem wpadam na tą samą sąsiadkę. Przybycie do lokalu zostało zakonotowane, wybycie także, wywiad żyje! Aż dziw, że ponowny powrót przebiegł bez czujnego spojrzenia sąsiedzkiego monitoringu. A może mi się tylko tak zdaje?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz