Rano dopadła mnie paskudna chandra. Zaczęło się od tego, że miałam dłużej pospać, ale nie było mi dane doczekać budzika. Mój mechaty przyjaciel, nie wiedzieć jakim cudem, orientuje się, że to nie weekend i budzi mnie o tej porze, o której zwykle wstaję do pracy. Nie powiem, kilka razy dzięki niemu nie zaspałam, ale dziś ta kocia troska była zbędna. Efekt był taki, że nie pospałam tyle ile bym chciała… Jakoś kompletnie nie miałam weny w kwestii ubioru więc wskoczyłam we wczorajsze ciuchy, nawet fryzura jakoś nie tak się układa jakbym chciała, pal to sześć, będzie kucyk. Dobrze, że sobie maskary w oko nie wsadziłam przy malowaniu, bo byłabym wściekła. Humoru nie poprawił mi nawet ulubiony program o tatuażach… No bo tam słonko, palmy i ludzie szczęśliwi z tego co robią w pracy. Hmmm… Ja jakoś ostatnio nie bardzo. Nie mam weny, wiem, że powinnam doceniać to, że w naszej uroczej rzeczywistości wogóle mam pracę… No, ale jakoś nie czuję bluesa. Wychodząc z domu za żadne skarby nie mogłam znaleźć słuchawek do grajka… Diabeł ogonem nakrył, amba, no nie ma ich i już. Czeka mnie podróż bez muzyki, tylko z moimi durnymi myślami w głowie. No nic, trzeba iść.
Gdy przedzierałam się przez topniejące zaspy, slalomem skakałam przez kałuże błota pośniegowego, obserwując wielkie sople wiszące nad głową niczym katowskie miecze, zastanawiałam się co tak naprawdę jest przyczyną tego złego humoru. Bo przecież wszystko się jakoś układa. Mimo to cierń wbił mi się w serce i zlokalizować go nie sposób.
W biurze chaos. Od wejścia kilka spraw do ogarnięcia. Całe szczęście dość szybko udało się opanować sytuację. To wariackie tempo oderwało mnie jednak od rozmyślania nad moim złym humorem. Przyznam też, że trochę mi dzięki temu przeszło. Coś się dzieje, jest na czym skupić uwagę. Może tego mi właśnie brak? Ja się chyba nie lubię nudzić?
W skrzynce mailowej znalazłam kilka ciepłych słów i cierń się stopił. Wróciło ciepłe uczucie szczęścia.
Gdy przedzierałam się przez topniejące zaspy, slalomem skakałam przez kałuże błota pośniegowego, obserwując wielkie sople wiszące nad głową niczym katowskie miecze, zastanawiałam się co tak naprawdę jest przyczyną tego złego humoru. Bo przecież wszystko się jakoś układa. Mimo to cierń wbił mi się w serce i zlokalizować go nie sposób.
W biurze chaos. Od wejścia kilka spraw do ogarnięcia. Całe szczęście dość szybko udało się opanować sytuację. To wariackie tempo oderwało mnie jednak od rozmyślania nad moim złym humorem. Przyznam też, że trochę mi dzięki temu przeszło. Coś się dzieje, jest na czym skupić uwagę. Może tego mi właśnie brak? Ja się chyba nie lubię nudzić?
W skrzynce mailowej znalazłam kilka ciepłych słów i cierń się stopił. Wróciło ciepłe uczucie szczęścia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz