środa, 3 lutego 2010

... nieuśmierzona

Wrzucam w eter to co leży mi na sercu, choć literki na monitorze lekko się już rozmazują. Mam jednak potrzebę napisania tych kilku zdań, by poczuć się lepiej, by za pośrednictwem tego potężnego medium być odrobinę bliżej człowieka... Przykładam dłoń do ekranu, i Ty go dotknij, przez chwilę będziemy razem... Potrzebuję tego.
Czuję jak lekarstwo zaczyna przytępiać zmysły, ciało boli mniej, dusza bardziej. Nie ważne, wytrzymam, jak zawsze.
Czasami zastanawiam się dlaczego tak mnie dziwnie skonstruowano, że odczuwam silniej. Wszystko, radość, smutek, ból... Tego ostatniego doznaję niestety częściej niż bym chciała.
Chirurg był bardzo sympatyczny. Atmosfera była nawet wesoła, jednak chciałam mieć to już za sobą. Nie było jednak tak prosto jak się spodziewałam. Nawet po serii zastrzyków znieczulających czułam co się dzieje i reagowałam, choć teoretycznie nie powinnam. Podobno jestem odporna. Niestety także na znieczulenie. Może to przez AZS mój organizm broni się silniej także przed tym co ma mu pomóc. Skalpel i nożyczki. Dźwięk cięcia, bardzo nieprzyjemny. Krew, krew, za dużo krwi, jej tamowanie trwało tyle samo co zabieg... W końcu po wszystkim.
Dom, łózko, zimna woda, lód... Uśmierzacze bólu... Tęsknię... Co na to mam wziąć? Może equilibrystyczne prozium? Zasnę, niech niepamięć nocy mnie ukoi.

Brak komentarzy: