Najtrudniej to jest walczyć z samym sobą. Zwłaszcza jak się w sumie siebie lubi. Tylko, że żyjemy w takim, a nie innym świecie, gdzie ludzie oceniają innych po okładce, a jak ta okładka jest opasła, to zawartość od razu jest mniej atrakcyjna... No i to mnie zmusza, de facto wbrew sobie, do walki z tą okładką moją.
Jakiś czas temu nakręciłam się na rower, super sprawa, samopoczucie mi się poprawiło, waga zaczęła spadać. Niestety przez 4 tygodnie urlopu to co zrzuciłam wróciło. Wiadomo grille, miejskie fast foody, domowe szybkie żarcie, czyli makarony z sosami i ryż z kurczakiem na tysiąc sposobów. Niby chodziłam z synkiem na długie spacery, a i sama opieka nad tak aktywnym człowieczkiem też jest niezłą gimnastyką, ale widać przyjmowałam więcej kalorii niż spalałam. No i masz babo placek.
Wróciłam z urlopu, wróciłam na rower i staram się okiełznać mój rozbuchany apetyt. Niestety mój ukochany mi w tym nie pomaga, gdyż sam jest smakoszem i lubi dobrze zjeść. No, ale mamy nowy pomysł, może nie najlżejszy dla budżetu, ale jak się sprawdzi, to przyjemniej ja zrzucę co nieco. Mamy jeść obiady w pracy. Głównie chodzi mi o to, żeby to on jadł w pracy, bo ja to w ciągu dnia jem regularnie i nawet zdrowo. Mam nadzieję, że dzięki temu w domu będziemy zjadali tylko lekką kolacją, a nie ciężki obiad o godzinie 17.30. Mam też nadzieję, że dzięki lżejszej diecie będę miała więcej siły do dalszej pracy nad sobą. Bardzo bym chciała złapać bakcyla biegowego. Pomysł kiełkuje we mnei od dłużeszgo czasu. Nie ukrywam, że zainspirowała mnie koleżanka, z którą prowadzę obecnie bloga rowerowego. No, ale trzeba zacząć, trzeba się przełamać, ruszyć tyłek sprzed telewizora. Gdy synek już zaśnie mam czas dla siebie, zatem mogłabym się ruszyć zamiast zalegać z eR na kanapie.
Trzymajcie zatem kciuki!
Jakiś czas temu nakręciłam się na rower, super sprawa, samopoczucie mi się poprawiło, waga zaczęła spadać. Niestety przez 4 tygodnie urlopu to co zrzuciłam wróciło. Wiadomo grille, miejskie fast foody, domowe szybkie żarcie, czyli makarony z sosami i ryż z kurczakiem na tysiąc sposobów. Niby chodziłam z synkiem na długie spacery, a i sama opieka nad tak aktywnym człowieczkiem też jest niezłą gimnastyką, ale widać przyjmowałam więcej kalorii niż spalałam. No i masz babo placek.
Wróciłam z urlopu, wróciłam na rower i staram się okiełznać mój rozbuchany apetyt. Niestety mój ukochany mi w tym nie pomaga, gdyż sam jest smakoszem i lubi dobrze zjeść. No, ale mamy nowy pomysł, może nie najlżejszy dla budżetu, ale jak się sprawdzi, to przyjemniej ja zrzucę co nieco. Mamy jeść obiady w pracy. Głównie chodzi mi o to, żeby to on jadł w pracy, bo ja to w ciągu dnia jem regularnie i nawet zdrowo. Mam nadzieję, że dzięki temu w domu będziemy zjadali tylko lekką kolacją, a nie ciężki obiad o godzinie 17.30. Mam też nadzieję, że dzięki lżejszej diecie będę miała więcej siły do dalszej pracy nad sobą. Bardzo bym chciała złapać bakcyla biegowego. Pomysł kiełkuje we mnei od dłużeszgo czasu. Nie ukrywam, że zainspirowała mnie koleżanka, z którą prowadzę obecnie bloga rowerowego. No, ale trzeba zacząć, trzeba się przełamać, ruszyć tyłek sprzed telewizora. Gdy synek już zaśnie mam czas dla siebie, zatem mogłabym się ruszyć zamiast zalegać z eR na kanapie.
Trzymajcie zatem kciuki!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz