czwartek, 18 lipca 2013

Blondynka. Po prostu blondynka.

Dziś niewątpliwie dałam popis niczym rasowa blondynka. I to motoryzacyjny. Jako, że mam urlop i opiekuję się moim synkiem (który już nie jest małym bobaskiem, a całkiem fajnym i aktywnym chłopczykiem), postanowiłam urozmaicić sobie dzień wizytą u znajomych. Koleżanka spodziewa się na dniach własnego dzidziusia i była to pewnie ostatnia okazja by się z nią zobaczyć przed rozwiązaniem. Ponieważ mam do dyspozycji samochód, zapakowałam do niego wózek, torbę z rzeczami Adaśka i samego chłopczyka mojego. Adam lubi jeździć samochodem, w końcu będąc jeszcze w brzuchu robił ze mną prawo jazdy, zatem nic dziwnego. Pojechaliśmy z serca Mokotowa na daleką Ochotę. Dojechaliśmy bez problemu. Znajomy uprzedzał mnie, że ich okolica to strefa płatnego parkowania, ale poprosił też o telefon jak dojadę, bo być może zwolni się miejsce na uliczce osiedlowej. Tak też się stało.Wolne miejsce było jednak na trawniku... Nie lubię parkować w takich miejscach, tak mam, że nie lubię i już. Wolę jednak to, niż parkometr. Jak się jednak okazało moje negatywne przeczucia były uzasadnione. Krawężnik  wydawał się niski, ale prawym przednim kołem wpadłam w taki dół, że wyjechać z tej genialnej miejscówki nie mogłam. Nie podobało mi się to ani trochę. Syn całe szczęście był zajęty zabawkami. Zadzwoniłam po ratunek do kolegi, który do spółki z szalenie pomocnym miejscowym sklepikarzem i przemiłym przypadkowym przechodniem wyratował mnie z opresji - wypchnął z dołka. Zaparkowałam w innym, bezpiecznym i płaskim (!!!) miejscu, wypakowałam synka i poszliśmy w gości. Wizyta upłynęła w miłej atmosferze. Przyszła mama dzielnie znosi letnie upały, remont i inne podobne atrakcje. Maluszek już niebawem powita ten świat i aż się rozrzewniłam na wspomnienie mojego maleństwa, tak bezradnego, bezbronnego i biernego... Nie to co teraz, teraz to prawdziwy, rasowy szprync! Adasiek z fascynacją oglądał się za kotami, jednego nawet udało się nam pogłaskać, aż się zdziwiłam delikatnością z jaką mały dotykał futerka kota Stefana. Córka znajomych rozanielona wizytą maluszka pomogła mi nawet nakarmić syna, wszak młoda panna przygotowuje się poważnie do roli starszej siostry. Adaś popisowo zjadł swoje smakołyki. Niestety trzeba się było żegnać, wszak nie mogłam nadwyrężać sił przyszłej mamy. Przyszły dumny tata odprowadził mnie do samochodu niosąc Adasiowy niezbędnik. Gadaliśmy sobie po drodze, aż tu patrzę na auto i zamieram. Zostawiłam włączone światła. Po raz pierwszy w życiu. Cholera. Przez ten galimatias z parkowaniem zapomniałam najwyraźniej... a miałam taki nawyk dobry, że zawsze wyłączałam... widać nie zawsze. Zapakowałam Adasia do fotelika, odpalam i... ekhekhekh... Nie gada. Nie tracąc głowy i dziękując w myślach mojej roztargnionej mamie (z którą miałam swego czasu okazję kilkakrotnie odpalać z kabli) i zapobiegliwemu tacie (który ma zawsze wszystko pod ręką) wyjęłam kable z bagażnika. Kolega przekonał mnie żebym nie prosiła o pomoc panów z naprzeciwka (ekipa od przeprowadzek z autem na chodniku), tylko udał się po wcześniejszego wybawiciela mego - pana sklepikarza, który jest dobrą duszą osiedla. Ależ mi było wstyd przed tym panem, totalna blondynka. Podręcznikowa. Cóż, trzeba dumę w kieszeń schować i uśmiechać się, szczebiotać i rzęsami trzepotać. Tylko to mi zostało. Panowie uradzili, że znów wypchniemy mój samochód na uliczkę, ha, w tym to już mamy praktykę, a potem pan podstawi swoje auto i odpalimy. Zapulsowałam własnymi kablami. Podczas akcji turlania znalazło się wielu chętnych do pomocy, co mnie tyle zdziwiło, co ujęło. Bardzo serdeczna okolica! Niestety, nie wszyscy byli tak wyrozumiali i pan, który chciał wyjechać zmusił mnie do samodzielnego przestawiania auta - co by mógł mnie minąć. Jakby mało było wrażeń przy tych akrobacjach wysunęła mi się fiszbina ze stanika, a dekolt miałam spory. Dla nie wtajemniczonych  fiszbina, to taki drut. Dyskretnie odwróciłam się od panów i szybkim ruchem wyjęłam fiszbinę. Wrzuciłam ją do torby i dalej włączyłam się do akcji. No było mi już całkiem wesoło, to się do jakiejś komedii nadawało. W tych emocjach nawet się nie zezłościłam. Pan sklepikarz szybko podstawił swoje auto i raz dwa odpaliliśmy moją rutututnię. Ufff. Podziękowałam wylewnie wszystkim dobrym duszom i ruszyłam w drogę do domu. Jazda minęła zupełnie zwyczajnie. Synek ciut marudził w korku, dopóki nie dałam mu do zabawy okularów przeciwsłonecznych. Potem szczęśliwie usnął. Do domu zajechaliśmy szczęliwie już bez dodatkowych atrakcji. Światła wyłączyłam, śpiocha spakowałam do wózka i poturlałam do domku. To ci atrakcje miałam. Pierwszorzędne.
Raz jeszcze dziękuję za pomoc, szczególnie Koledze drogiemu i panu dobrej duszy z osiedla!

Brak komentarzy: