środa, 3 lipca 2013

Jadę!

Udało się! Ruszyłam tyłek i wsiadłam na rower! Od ponad tygodnia śmigam do pracy i z powrotem na dwóch kółkach i bardzo się z tego cieszę. Tym bardziej, że kosztowało mnie to masę zachodu, począwszy od walki samej ze sobą, na poszukiwaniu roweru skończywszy.
Przez lata nosiłam się z tym zamiarem, ale miałam milion wymówek. A to, że muszę być przecież elegancko ubrana, a to, że się zmacham, zgrzeję, no i ja to tak, albo pogoda kapryśna, no i którędy pojadę, wszak ulicą strach jechać, ot dylematy, zawsze coś.
No i bum! Przełom. Po pierwsze muszę zgubić kilogramy, a czasu przy małym brzdącu na jakieś zajęcia fitness raczej nie mam. Chcę też jak najszybciej wracać do domu, a komunikacja miejska pozostawia dużo do życzenia ostatnimi czasy. Samochód muszę parkować daleko od biura i znów tracę bezcenny. Zatem rower.
Skąd wziąć rower? Mój staruszek ma awarię i nie mogę się doprosić eR o jej naprawienie. Mój nowszy rowerek niestety został ukradziony przez znajomą. Pożyczyłam go w dobrej wierze i pomimo wielokrotnych próśb, upomnień i żądań już nie wrócił. Rower miejski? No czemu nie, ale płacenie za niego ciut mi nie leży, wszak jazda rowerem miała być także ulgą dla portfela. Z opresji wybawiła mnie przyjaciółka. Jej współlokatorka wyprowadzając sie zostawiła na przechowanie kilka rzeczy, w tym swój rower. Tak się składa, że i moja kumpela się z tego lokalu wyprowadzała i nie wiedziała co z rowerem począć, a właścicielka za granicą... Zatem rzuciłam, że jeśli będzie im to pasowało, to zaopiekuję się rowerem w zamian za użytkowanie. Przeszło. Oficjalnie aż do jesieni mam wypożyczony rower! Lepszy niż się spodziewałam, co prawda górski, ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.
Rower dostarczono mi do pracy, zatem pierwszy przejazd to była droga powrotna do domu. Doskonale, przetestowałam jedną z tras, zmierzyłam czas, wiedziałam na co szykować się z rana. Do pracy pojechałam inną drogą i byłam bardzo pozytywnie zaskoczona długością ścieżki rowerowej! Niestety fragment trasy muszę pokonać ulicą lub chodnikiem. Całe szczęście nie jest to długi odcinek. Na jazdę ulica jeszcze się nie zdobyłam. Na chodniku jest ciasno, ale daję radę, jadę wolniutko, przepuszczam pieszych, wszak sama pamiętam jak mnie czasami wnerwiali rowerzyści hehe. No i w 30 minut spokojnie dojeżdżam do celu, mam jeszcze chwilę żeby się ogarnąć i kawę zrobić.
Efekt, mam więcej energii, czuję się już znacznie lepiej, jazda sprawia mi frajdę. Do tego po drodze spotykam regularnie znajomą jadącą w przeciwnym kierunki. Ślemy sobie pozdrowienia i jedziemy dalej.
Złapałam rowerowy dryg!

Brak komentarzy: