środa, 3 lipca 2013

Łaciate szczęście - welcome back.

No i znów jestem łaciata. Szczęście w nieszczęściu, że akurat miałam termin wizyty u dermatologa (zaklepany przy poprzednim wysypie sprzed kilku miesięcy). Dostałam baterię leków, proszki, maści, szampon... Zrujnowałam się w aptece, a nie wykupiłam pielęgnacyjnych emolientów, tylko leki. Czekam na cud. Czekam na to by znów wyglądać zdrowo, a nie plamiście, purpurowo i ogniście.
Moja frustracja sięga zenitu wieczorem, gdy świąd atakuje z całą mocą, jak gdyby chciał się odegrać za to, że ignorowałam go przez cały dzień (z różnym skutkiem). Staram się być zajęta, ale czasami nie mam już sił.
Najbardziej mnie jednak stresuje (a stresować i denerwować się nie powinnam), że jak wysmaruję się tymi maściami, to nie mogę tulić synka. Bo nie chcę go tym zajzajerem traktować.
No i tak to - znów walczę o coś, co dla przeciętnego człowieka jest zupełnie nieistotne, na co nie zwraca uwagi ktoś, ze zdrową skórę. Nie wiem czy może to zrozumieć ktoś, kto nie jest chory. Ciężko mi.

Brak komentarzy: