poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Back to reality

Spędziłam z moim nowo narodzonym synem 24 piękne tygodnie. Minęły jak sen, jak bajka, coś niewiarygodnie cudnego, ale i ulotnego.
Wróciłam do pracy.
Ciężko mi było. Mężczyzna tego nie zrozumie. Może się starać, ale nie wie jak to jest przez dziewięć miesięcy nosić pod sercem mały skarb, czuć jak rośnie, jak nabiera sił. A potem być przy nim przez kolejne miesiące, zapewniać wszystko co niezbędne do życia, być całym światem dla tego delikatnego, nowego człowieka… A on staje się całym światem dla swojej mamy i jest to zupełnie naturalne. Żyliśmy tak sobie razem w ciepłym rodzinnym gniazdku, ale musiałam je opuścić. To trudne, to bolesne i musi minąć nieco czasu zanim się z tym oswoję. Co prawda im maluszek większy tym bardziej samodzielny się staje, jednak te parę miesięcy to tak niewiele czasu… Minęły mi błyskawicznie.
Przyjaciółka każe mi się cieszyć z powrotu do pracy, „skoro nie może być inaczej, to ciesz się tym i powtarzaj sobie to tak długo aż w to uwierzysz”. Staram się. Cieszę się, że mam gdzie wrócić, że mam tu fajnych ludzi i względny spokój. Odpoczywam też bardzo fizycznie, bo jednak etat mamy daje w kość. Gdybym jednak mogła, to wolałabym być przy moim serduszku.
Zmamusiałam do reszty ;)
Nie, no, nie do końca. Ciągnie mnie w świat, ciągnie mnie do ludzi. Doceniam uroki życia towarzyskiego, tęsknię za spontanicznymi wypadami, za spaniem do południa i za brakiem odpowiedzialności za drugiego człowieka. Nie zamieniłabym jednak mojego życia na inne, bo jestem szczęśliwa.

Brak komentarzy: