Spędziłam z moim nowo narodzonym synem 24 piękne tygodnie. Minęły
jak sen, jak bajka, coś niewiarygodnie cudnego, ale i ulotnego.
Wróciłam do pracy.
Wróciłam do pracy.
Ciężko mi było. Mężczyzna tego nie zrozumie. Może się
starać, ale nie wie jak to jest przez dziewięć miesięcy nosić pod sercem mały
skarb, czuć jak rośnie, jak nabiera sił. A potem być przy nim przez kolejne
miesiące, zapewniać wszystko co niezbędne do życia, być całym światem dla tego
delikatnego, nowego człowieka… A on staje się całym światem dla swojej mamy i
jest to zupełnie naturalne. Żyliśmy tak sobie razem w ciepłym rodzinnym gniazdku,
ale musiałam je opuścić. To trudne, to bolesne i musi minąć nieco czasu zanim
się z tym oswoję. Co prawda im maluszek większy tym bardziej samodzielny się
staje, jednak te parę miesięcy to tak niewiele czasu… Minęły mi błyskawicznie.
Przyjaciółka każe mi się cieszyć z powrotu do pracy, „skoro
nie może być inaczej, to ciesz się tym i powtarzaj sobie to tak długo aż w to
uwierzysz”. Staram się. Cieszę się, że mam gdzie wrócić, że mam tu fajnych
ludzi i względny spokój. Odpoczywam też bardzo fizycznie, bo jednak etat mamy
daje w kość. Gdybym jednak mogła, to wolałabym być przy moim serduszku.
Zmamusiałam do reszty ;)
Nie, no, nie do końca. Ciągnie mnie w świat, ciągnie mnie do ludzi. Doceniam uroki życia towarzyskiego, tęsknię za spontanicznymi wypadami, za spaniem do południa i za brakiem odpowiedzialności za drugiego człowieka. Nie zamieniłabym jednak mojego życia na inne, bo jestem szczęśliwa.
Zmamusiałam do reszty ;)
Nie, no, nie do końca. Ciągnie mnie w świat, ciągnie mnie do ludzi. Doceniam uroki życia towarzyskiego, tęsknię za spontanicznymi wypadami, za spaniem do południa i za brakiem odpowiedzialności za drugiego człowieka. Nie zamieniłabym jednak mojego życia na inne, bo jestem szczęśliwa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz