wtorek, 6 listopada 2012

We Troje

Dnia 18 października 2012 roku, we czwartek, o 3.30 nad ranem, w Szpitalu Św. Zofii na świat przyszedł nasz pierworodny, nasz ukochany, wyczekiwany przez 9 miesięcy synek, 
Adam Roch eS


Jesteśmy razem już nieco ponad dwa tygodnie, a czasami wciąż ciężko mi uwierzyć w to szczęście. Choć nie wszystko poszło gładko. Na miesiąc przed porodem złapało mnie zapalenie krtani, z którym bezskutecznie walczyłam wszelkimi możliwymi metodami. Miałam chyba najcichszy poród świata, bo jedyny dźwięk na jaki mogłam sobie pozwolić to był szept. Dopiero kilka dni po porodzie, dzięki pomysłowym lekarzom położnikom zaczęłam odzyskiwać głos... Ale to nie ja jestem bohaterką tej historii, a nasz Adaś.
Pierwsze sygnały, że malec szykuje się do wyjścia z brzuszka mieliśmy w niedzielę, zaczęły się skurcze przepowiadające. Tata tak się przejął, że do pracy w poniedziałek nie poszedł tylko mnie, nas pilnował. To jednak była tylko rozgrzewka. We wtorek miał się odbyć ważny mecz na Stadionie Narodowym, Polska kontra Anglia. Śmieliśmy się, że kto wie, może nasz syn zechce tego dnia rozegrać swój mecz... Do gry jednak nie doszło, tak na stadionie (który utonął w strugach deszczu, gdyż nie otwarto dachu - takie rzeczy tylko w Polsce), jak i u nas. Prawdziwa akcja rozpoczęła się koło północy z wtorku na środę. I tak byliśmy już pewni, że nasz syn urodzi się 17 października. eR cały czas miał mnie na oku, notował skurcze, szykował nas do drogi. Wczesnym popołudniem skurcze były coraz mocniejsze, odstępy między nimi coraz krótsze. Wiedzieliśmy już, że to nie żarty. Nasza położna czekała na nas na izbie przyjęć Szpitala Św. Zofii o godz. 18.30. Zdecydowaliśmy się pojechać taksówką, bo przy szpitalu ciężko znaleźć miejsce do parkowania. W tym samym czasie rozgrywano mecz Polska - Anglia, z wynikiem 1:1. Moja mama, najbardziej opiekuńcza mama na świecie, wraz z siostrą towarzyszyły nam na izbie przyjęć i czuwały tak cały poród, gotowe do pomocy w każdej sprawie. Ich poświęcenie nie uszło uwagi personelowi, który z takim oddaniem jeszcze się nie spotkał.
Z perspektywy czasu powiem szczerze, że cieszę się, że opłaciliśmy prywatnie położną, bo super o nas wszystkich zadbała. Od samego przyjazdu do szpitala, przez cały poród i nawet teraz się nami interesuje. Magda, bo tak ma na imię naprawdę ciężko się przy nas napracowała. Z sali porodowej mam jak najlepsze wspomnienia. Byliśmy na sali Agrestowej, o łagodnym, zielonym wystroju. Sala była wielka, z własną łazienką, wanną do porodu w wodzie, drabinkami, piłką i innymi bajerami porodowymi, oraz kącikiem wypoczynkowym dla taty. Staraliśmy się rodzić aktywnie, dużo spacerowałam, starałam się być jak najdłużej w ruchu. Niestety mój organizm zaczął protestować przeciw takiemu wysiłkowi i ciśnienie, z którym nigdy nie miałam kłopotów skoczyło mi niebotycznie. To ukróciło naszą aktywność. eR cały czas nade mną czuwał, podawał wodę, uspakajał, zapewniał o swoim uczuciu i o tym, że będzie ze mną cały czas. Był dla mnie ogromnym wsparciem, bez niego nie dałabym rady, to pewne. Znieczulenie na chwilę mi pomogło, jednak po 9 godzinach na sali porodowej, już na finiszu praktycznie, wszystko się zmieniło. Z powodu dysproporcji między "małym" a mną poród zakończył się cesarką. Podczas zabiegu z powodu spadku ciśnienia i prawdopodobnie zmęczenia (oraz dzięki znieczuleniu) odpłynęłam totalnie. Z żalem muszę przyznać, że umknęły mi te najważniejsze pierwsze chwile synka :( Podobno w trakcie zabiegu kontaktowałam, ale niemal niczego nie pamiętam. Jak przez bardzo grubą mgłę przypominam sobie pierwszy krzyk, podobno donośny... Ale umknęło mi złapanie lekarza za stetoskop i mały pokaz siły mego syna jeszcze przed określeniem 10 w skali Apgar. Umknęło mi też  pierwsze tulenie Adasia przez Tatę... Wszystko to dostał eR, który dzielnie walczył razem z nami i był przy nas bez przerwy, także przy cesarce. To w jego pamięci zapisane jest wszystko co najważniejsze. Ogromnie się cieszę, że od pierwszych chwil eR był oparciem dla naszego maleństwa. Pierwsze co sama naprawdę pamiętam to właśnie On wzruszony, przystawiający do mojego policzka łepek Adasia. Piękne blond włoski, wielkie okrągłe pućki i maleńki nosek, miniaturka Tatusia :) Pokochałam to maleństwo od pierwszego wejrzenia całym sercem, całą duszą, całym moim jestestwem. Pokochałam bezgranicznie i jego i w jakiś niepojęty sposób na nowo również eR. Obydwaj stali się moim nowym sensem życia. Moment, którego nie zapomnę.
 Potem okazało się, że mały złapał wirusa i z tego powodu musieliśmy spędzić cały tydzień w szpitalu. Adama czekała seria kroplówek i komplet badań... Mocno to przeżyliśmy, ale w sumie dobrze, że wyszło to od razu i natychmiast zostało wyleczone. Opieka na oddziale patologii była bez zarzutu, a warunki bardzo komfortowe. Byliśmy w 2 osobowej sali z własną łazienką i balkonem. Szpital preferuje system room-in, czyi noworodek jest cały czas przy mamie, a na sali jest wszystko czego potrzeba do opieki nad nim. Bardzo mi to odpowiadało, bo mogłam zbudować więź z synkiem i zacząć regularnie karmić maleństwo. 
Z jednej strony dobrze, że udało mi się opanować mnóstwo nowych umiejętności pod okiem specjalistów, z drugiej szkoda, że zostaliśmy niejako ograbieni i z tych kilku wspólnych dni po porodzie, które zamiast w domu spędziliśmy w szpitalu...
Teraz nadrabiamy w każdej wolnej chwili. Dzięki synowi spędzamy razem więcej czasu i jest on pełen ciepła i miłości.
Teraz, po 2 tygodniach nawet jak mi Adaś się rozkwil, nawet jak mnie Baby Blues łapie, to i tak nie posiadam się z radości, że jesteśmy już we troje. 
Jestem najszczęśliwsza, że mam moje dwa bezcenna skarby, mam rodzinę.
Chcę tu także podziękować mojej mamie, za serce, cierpliwość i wsparcie, mojej cioci i babci, tacie, który choć jest daleko stara się być jak najbliżej, mamie eR za doskonałe zaprowiantowanie, naszym braciom, szwagierce oraz wszystkim przyjaciołom, którzy z takim zapałem powitali na świecie nasze maleństwo! Dziękuję także położnym i lekarzom ze szpitala Św. Zofii, za trud i opiekę nad małym i nade mną.
 

Brak komentarzy: