Dnia 18 października 2012 roku, we czwartek, o 3.30 nad ranem, w Szpitalu Św. Zofii na świat przyszedł nasz pierworodny, nasz ukochany, wyczekiwany przez 9 miesięcy synek,
Adam Roch eS
Jesteśmy razem już nieco ponad dwa tygodnie, a czasami wciąż ciężko mi uwierzyć w to szczęście. Choć nie wszystko poszło gładko. Na miesiąc przed porodem złapało mnie zapalenie krtani, z którym bezskutecznie walczyłam wszelkimi możliwymi metodami. Miałam chyba najcichszy poród świata, bo jedyny dźwięk na jaki mogłam sobie pozwolić to był szept. Dopiero kilka dni po porodzie, dzięki pomysłowym lekarzom położnikom zaczęłam odzyskiwać głos... Ale to nie ja jestem bohaterką tej historii, a nasz Adaś.
Pierwsze sygnały, że malec szykuje się do wyjścia z brzuszka mieliśmy w niedzielę, zaczęły się skurcze przepowiadające. Tata tak się przejął, że do pracy w poniedziałek nie poszedł tylko mnie, nas pilnował. To jednak była tylko rozgrzewka. We wtorek miał się odbyć ważny mecz na Stadionie Narodowym, Polska kontra Anglia. Śmieliśmy się, że kto wie, może nasz syn zechce tego dnia rozegrać swój mecz... Do gry jednak nie doszło, tak na stadionie (który utonął w strugach deszczu, gdyż nie otwarto dachu - takie rzeczy tylko w Polsce), jak i u nas. Prawdziwa akcja rozpoczęła się koło północy z wtorku na środę. I tak byliśmy już pewni, że nasz syn urodzi się 17 października. eR cały czas miał mnie na oku, notował skurcze, szykował nas do drogi. Wczesnym popołudniem skurcze były coraz mocniejsze, odstępy między nimi coraz krótsze. Wiedzieliśmy już, że to nie żarty. Nasza położna czekała na nas na izbie przyjęć Szpitala Św. Zofii o godz. 18.30. Zdecydowaliśmy się pojechać taksówką, bo przy szpitalu ciężko znaleźć miejsce do parkowania. W tym samym czasie rozgrywano mecz Polska - Anglia, z wynikiem 1:1. Moja mama, najbardziej opiekuńcza mama na świecie, wraz z siostrą towarzyszyły nam na izbie przyjęć i czuwały tak cały poród, gotowe do pomocy w każdej sprawie. Ich poświęcenie nie uszło uwagi personelowi, który z takim oddaniem jeszcze się nie spotkał.
Potem okazało się, że
mały złapał wirusa i z tego powodu musieliśmy spędzić cały tydzień w
szpitalu. Adama czekała seria kroplówek i komplet badań... Mocno to przeżyliśmy, ale w sumie dobrze, że wyszło to od razu i natychmiast zostało wyleczone. Opieka na oddziale patologii była bez zarzutu, a warunki bardzo komfortowe. Byliśmy w 2 osobowej sali z własną łazienką i balkonem. Szpital preferuje system room-in, czyi noworodek jest cały czas przy mamie, a na sali jest wszystko czego potrzeba do opieki nad nim. Bardzo mi to odpowiadało, bo mogłam zbudować więź z synkiem i zacząć regularnie karmić maleństwo.
Z jednej
strony dobrze, że udało mi się opanować mnóstwo nowych umiejętności pod okiem
specjalistów, z drugiej szkoda, że zostaliśmy niejako ograbieni i z tych
kilku wspólnych dni po porodzie, które zamiast w domu spędziliśmy w
szpitalu...
Teraz nadrabiamy w każdej wolnej chwili. Dzięki synowi spędzamy razem więcej czasu i jest on pełen ciepła i miłości.
Teraz nadrabiamy w każdej wolnej chwili. Dzięki synowi spędzamy razem więcej czasu i jest on pełen ciepła i miłości.
Teraz, po 2 tygodniach nawet
jak mi Adaś się rozkwil, nawet jak mnie Baby Blues łapie, to i tak nie
posiadam się z radości, że jesteśmy już we troje.
naszym braciom, szwagierce oraz wszystkim przyjaciołom, którzy z takim zapałem powitali na świecie nasze maleństwo! Dziękuję także położnym i lekarzom ze szpitala Św. Zofii, za trud i opiekę nad małym i nade mną.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz