piątek, 30 listopada 2012

Moje paranoje

Odkąd zostałam mamą zupełnie zmieniło się moje podejście do kwestii bezpieczeństwa. W domu jeszcze nie jest to tak wyraźne, w końcu to nasz dom, znam każdy jego zakamarek i staram się by była to bezpieczna przystań dla wszystkich domowników, szczególnie tego najmniejszego. Jednak gdy wychodzę na ulicę to moje zaufanie co ludzi znika całkowici. Przed przejściem z wózkiem przez ulicę oglądam się bardzo dokładnie, bo znając finezję wielu kierowców wiem, że jest to nie lada zagrożenie. Na chodniku jest nie lepiej, wertepy zmuszają do ciągłego balansowania, cieszę się, że mamy wygodny wózek i łatwo się go prowadzi. Do szału odprowadzają mnie za to właściciele psów, którzy pozwalają swoim pupilkom srać gdzie popadnie, czyli często na chodniku. Muszę więc jechać slalomem między psimi minami, bo wjechanie kołami w takie coś równa się z wniesieniem tego do domu... Oszaleć można, dlaczego Polacy nie sprzątają po swoich kochanych psach?!?! Dlaczego nie dostają za to mandatów?!?! Dlaczego nie można przejść 2 metrów bez ryzyka wdepnięcia w odchody? Paskudztwo... No ale to nie jedyne co mnie wkurza, choć to dostarcza najwięcej roboty, bo po każdym spacerze trzeba czyścić koła, na wszelki wypadek... Unikam też wchodzenia z maleństwem do sklepów, gdzie kłębią się tłumy ludzi. Mafia geriatryczna może jest skłonna przepuścić w kolejce kobietę w zaawansowanej ciąży (jeśli się upomni o swoje prawa) ale matki z dzieckiem to już nie koniecznie. Poza tym rzadko gdzie szerokość regałów pozwala swobodnie przejechać wózkiem. Że już o synchronicznym targaniu koszyka z zakupami i manewrowaniu między klientami nie wspomnę. No i mamy sezon grypowy... Wolę więc zakupy zlecić komu innemu lub wysłać w tym czasie malucha pod opiekę babci lub wujka.  Mam nadzieję, że ta ostrożność nie zamieni mi się w paranoję. Świruję jak jakaś matka kwoka. Ot, co czyni z człowieka rodzicielstwo.

Brak komentarzy: