środa, 19 października 2011

Recepta na jesień.

Moja Karolcia kocha jesień. Ma na jej punkcie bzika. Zawsze miała. I teraz zaraziła mnie optymizmem, właśnie w ten ciemny, zimny i mokry październikowy dzień. Już nie czuję chłodu.
Jesień. Każdy lubi w niej te ciepłe dni, gdy ostatnie letnie promienie przebijają się przez rześkie powietrze, pod stopami szeleści dywan ze złotych, miedzianych i karminowych liści, wśród nich połyskują klejnoty jesieni, żołędzie, kasztany… i jeszcze ten zapach dymu, taki górski, lekko wędzony. Lubię. Tak, taką jesień to i ja lubię, owszem.
Ale jest jeszcze druga strona jesieni, wieczny deszcz, chłód, słota, łyse gałęzie smutnych drzew, matowa zwiędła trawa… Ten obrazek już nie napawa takim optymizmem. Ale i na to Karola ma remedium. Tak oczywisty, ale przypomnę. Zaleca się ciepły, pełen serdeczności i miłości dom. Dom, w którym płoną wonne świece, w ulubionym kubku czeka  pyszna herbata… albo i gorąca czekolada.  Jeśli jeszcze w tym wszystkim jest ktoś, do kogo można się przytulić, to pełnia szczęścia gotowa. Faktycznie taka chwila potrafi przepędzić ponurą ciemność precz. Niech więc nasze domy będą jesienią szczególnym sanktuariom szczęścia, pełnym śmiechu przyjaciół, miłości, blasku, aromatu i smaku. Bo do takiego małego, osobistego raju aż miło wracać. Tak można nabrać sił i uzbroić się w ciepło, cierpliwość i uśmiech. Trzymajcie się!

Brak komentarzy: