Co się odwlecze to nie uciecze. Jak pisałam nosiłam się zamiarem oddania krwi dla mojej znajomej. Całe przedsięwzięcie poszło szybko i sprawnie.
Jako, że była to akcja organizowana w pracy, dostaliśmy od miłego szefostwa transport i o 9 rano wyruszyliśmy do punktu krwiodawstwa. Pojechaliśmy na ul. Saską 63/75.
Najpierw trzeba było wypełnić formularz, 2 strony A4, pytania były między innymi o stan zdrowia, przyjmowane leki, zagraniczne podróże, operacje, ale i tatuaże, kolczyki, życie osobiste oraz partnera. Jednym słowem o wszystko co mogłoby wiązać się z narażeniem potencjalnego dawcy na zakażenie jakimś paskudztwem. Po wypełnieniu dokumentu trzeba było zarejestrować się w okienku, gdzie miła pani zakładała nam na łapki opaski z kodem kreskowym i naszymi imionami, trochę śmieszne, ale widać konieczne. Z rejestracji skierowano nas na wstępną morfologię, a zaraz potem z jej wynikami na badanie lekarskie. Z kilkunastu osób jakie wybrały się oddać krew badania przeszło zaledwie troje, w tym ja. Nie powiem, byłam przejęta, gdy w szatni odebrałam jednorazowy fartuch, batonika i soczek z poleceniem by skonsumować to przed wejściem do ambulatorium. Obdarowana batonikiem, zatem obłaskawiona i uspokojona poszłam na piętro 1 do poczekalni. Cały ośrodek robił na mnie dobre wrażenie. Był odnowiony, jasny, czysty, obsługa, lekarze i panie pielęgniarki wszyscy niezwykle sympatyczni. W poczekalni stały wygodne krzesła a z telewizora na ścianie brzęczał jakiś znośny program. Przed wejściem na salę polecono też napić się jeszcze wody (wszędzie stały dystrybutory) i umyć ręce w zgięciach łokciowych. Z poczekalni można było zajrzeć do ambulatorium, gdzie stało chyba kilkanaście leżanek dla dawców, a przy każdym pacjencie krzątała się pielęgniarka. Gdy poproszono mnie na salę miałam lekkiego pietra, w końcu to mój pierwszy raz… Zapadłam się w fotel i oddałam łapkę pani w białym kitlu. Nie lubię widoku krwi. Całe szczęście tu także wisiały telewizory, mruczało radio, sala była kolorowa, wesoła nawet… Tylko drażniło mnie ciepło własnej krwi spływającej rurką do woreczka umieszczonego na bujance – wadze. Bo dłonie miałam lodowate mimo intensywnego ściskania. Cała ta operacja nie trwała nawet 10 minut, co mnie zaskoczyło bo w tym czasie oddałam prawie pół litra krwi. Już po wszystkim, jak to jak, ja przecież nie mogę bez przeszkód przejść takiego procesu, zasłabłam. Szybko jednak wróciłam do siebie, raz jeszcze zbadał mnie lekarz, a potem mogłam już odebrać paczkę czekolad, pysznych i naprawdę mi potrzebnych. Udało się!!!
Resztę dnia przespałam. Mój kochany zawiózł mnie do domu i budził tylko na jedzonko, pyszne swoją drogą. Jeszcze ze dwa dni uważałam na siebie, a potem wszystko wróciło do normy.
Cieszę się i coś mi się wydaje, że powtórzę kiedyś tą akcję.
Polecam, choć raz. Bo nigdy nic nie wiadomo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz