Są takie miejsca na ziemi, gdzie człowiek stawia stopę po raz pierwszy i czuje się jak u siebie w domu. Wszystko jest tam takie jak powinno, powietrze, klimat, ludzie, wszystko wokół choć nowe, to jakieś takie dziwnie bliskie i niemal znajome. Ktoś może powiedziałby, że to reminiscencja naszego poprzedniego wcielenia… A może to właśnie jest to „moje” miejsce we wszechświecie?
Takie uczucia żywię do Szczecina.
Za każdym razem gdy przekraczam Odrę i znajduję się na lewym brzegu ogarnia mnie takie żewne uczucie, jakbym w końcu wróciła z bardzo daleka do miejsca, które należy do mnie a ja do niego.
Z całą pewnością ma to także związek z moimi „Szczecinkami”, jednak i bez miłego towarzystwa doskonale czuję się w tym niezwykłym mieście. Tym razem czułam się w nim jeszcze bardziej intymnie, gdyż odkrywałam jego uroki przed moim ukochanym. Z ogromną przyjemnością powiodłam go nad brzeg rzeki, w okolice Akademii Morskiej, by Wałami Chrobrego dojść do „Starego Nowego Miasta”, a potem na Zamek Książąt Pomorskich… Z daleka podziwialiśmy katedrę, zostawiając ją sobie na kolejną wizytę.
Gdy tylko nasz miły przewodnik maił czas zabierał nas w ciekawe zakątki opowiadając o każdym mijanym zakamarku. I tak odwiedziliśmy „Różankę”, czyli ogrody, w których kwitły dziesiątki gatunków róż, z nich przeszliśmy do przepięknego Parku Kasprowicza i klucząc rozmaitymi alejkami dotarliśmy aż do Jasnych Błoni, gdzie rosną wielkie, majestatyczne platany. Uwielbiam tą okolicę.
Prawdziwą perełką jest Szczeciński Cmentarz Centralny, który jest nie tylko miejscem spoczynku zmarłych, ale i miejscem spotkań żywych, stanowiącym swoisty park… Szerokie aleje obsadzone szpalerami potężnych drzew prowadzą nie tylko do klasycznego cmentarza, ale i do wielu miejsc pamięci, pomników, pięknej kaplicy, wielkiej fontanny, lapidarium, niegdyś „gaju urnowego”… Niestety tym razem mocno ograniczony czas nie pozwolił mi pokazać tego niezwykłego miejsca mojemu R… ale jeszcze będzie okazja.
Wieczory spędzone w ciepłej, domowej atmosferze, zabawa z córeczkami przyjaciół, późne rozmowy przy kieliszku wina, to wszytko bardzo nas wyciszyło i zbliżyło nie tylko do siebie, ale i do Szczecina. Żyje się tu o wiele wolniej, pełniej i zdecydowanie spokojniej niż w moim Warszawskim Menzoberranzan.
Kto wie, kto wie, może kiedyś zapuszczę korzenie w zachodniopomorskiej ziemi. Część mojego serca bija właśnie tam.
wielka, stara kamienica na pięknym Pogodnie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz