wtorek, 26 lutego 2013

Kochaj bliźniego jak siebie samego.

Bardzo dużo czasu poświęcam ostatnio na kochanie bliźniego. Najbardziej na świecie kocham tego mojego małego, własnej roboty oraz tatę jego. Jest całkiem spore grono bliźnich, których darzę większym, bądź mniejszym afektem, są to bardzo pozytywne uczucia. Czasami, przyznaję, może bywam zbyt szorstka i bywa to miłość trudna, ale jednak staram się jak mogę. Choć wszystkim nie dogodzę, zatem jeśli ktoś czuje się zaniedbany - przepraszam, niech da znać, na pewno znajdę czas i serce. Może nawet ucho, choć gaduła ze mnie straszna, to czasem sobie przypominam, że trzeba słychać co tam "szepce strumyczek".
Przyznam, że ostatnio spotkania towarzyskie były dla mnie swoistą terapią. Ponieważ obowiązki rodzicielskie zamknęły mnie w domu, to najlepszą możliwą opcją żeby poszerzyć swój mały świat było ściągnąć ten świat do siebie. I tak to moja rodzina, przyjaciele i znajomi stali się moim sposobem na przetrwanie. Dzięki Wam nie zwariowałam w czterech ścianach - dziękuję, dziękuję najpiękniej jak umiem moi kochani.
Każdy kij ma jednak dwa końce. Trochę się jednak w tym moim łaknieniu towarzystwa zagalopowałam. W tym całym umiłowaniu dla otoczenia trochę zaniedbałam siebie samą. Żeby człowiek był szczęśliwy i radosny musi przecież kochać siebie, czuć się dobrze sam ze sobą i we własnej skórze. Niestety przez ostatnie pół roku jakoś znielubiłam siebie, szczególnie swoje ciało, a z czasem zaczęłam też nie lubić ducha. Ciąża to było dla mnie cudowne doświadczenie, jednak po przekroczeniu na wadze pewnej magicznej liczby coś we mnie pękło. Wiedziałam, że moje ciało nie jest już tylko moje, że mieszka w nim mały człowieczek, który rośnie i nabiera sił. Wiedziałam, że to ja mu daję te siły i wszelkie dobro jakie się da chciałam mu dać. Po tym jak już moje szczęście pojawiło się na świecie wcale nie odzyskałam swojego ciała. Wciąż jest ono dla mojego skarba najważniejszym źródłem środków do życia. Z czasem jednak zaczęłam odzyskiwać to co moje, no i odzyskałam z nadmiarem niestety. Którego to nadmiaru nie kocham. Jestem bardzo szczęśliwa jako mama, spełniam się w tej roli i jest to dla mnie bezdyskusyjna, pełna miłość. Gdy jestem z moim synkiem, gdy się nim zajmuję to przepełnia mnie euforia i skupiam się na tym błogim uczuciu. Jednak mój malec jest coraz bardziej samodzielny, ja niebawem wracam do pracy i będę spędzała wiele godzin z dala od niego... Co powoduje, że zaczynam znów czuć się osobnym organizmem... Nie odnajduję się jednak jako ja, bo poza byciem mamą powinnam przecież być jeszcze sobą.. no i tu pojawiły się problemy. Najpierw narzekałam w duchu, potem żaliłam się głośno, w końcu doszłam do ściany i rąbnęłam w nią zdrowo. Przypomniałam sobie kim jestem, kim chcę być i uświadomiłam sobie w czym problem. Wiem co muszę zrobić by odzyskać siebie, nie będzie to jednak łatwe i zajmie trochę czasu. Nie wiem co będzie trudniejsze, psychiczne, czy fizyczne odbudowanie swojego ego, niemniej zacznę od tego, by kochać nie tylko bliźniego.
Żeby być szczęśliwym samemu ze sobą trzeba się w pełni akceptować. Wówczas wszystko zaczyna się układać. Bo pozytywne fluidy wysyłane w świat wracają do nadawcy. Mam nadzieję, że gdy znów pokocham siebie stanę się bardziej znośna dla tych moich bliźnich, co tak dzielnie znosili moje złe nastroje. Doceniam to bardzo!
No i w ramach tego samodoskonalenia idę zająć się synem, bo skończył drzemkę.
Pozdrawiam czytających!!!

Moje małe szczęście - musiałam się nim podzielić ;)

Brak komentarzy: