Depresja to taka choroba co zżera duszę człowieka i pozostawia ziejąca pustką dziurę.
Z depresją tak naprawdę walczy się samemu i to jest najtrudniejsze. Pomimo wsparcia bliskich, czy nawet lekarzy, to problem siedzi w konkretnym człowieku i on sam, tylko i wyłącznie może z tym coś zrobić.
Często słyszymy teksty typu, „mam doła”, „nic nie ma sensu”, „nie mam już siły z tym walczyć”, „już nie mogę”, „nie chce mi się”, „nie zależy mi już”, „mam depresję”.
Jako, że Polacy mają narzekanie we krwi bagatelizujemy te sprawy, a to niestety poważne sygnały.
Mam depresję, no i co? No i uświadomienie sobie tego problemu to pierwszy krok. Mało kto decyduje się na pomoc specjalisty, dzięki któremu poza faktyczną diagnozą i pomocą można otrzymać także wsparcie farmakologiczne. Przeważnie chory zaszywa się w domu, po cichu liczy na pomoc rodziny, przyjaciół, ale to niestety nie zdaje egzaminu. Użalanie się nad sobą przynosi odwrotne skutki. Trzeba działać pomimo tego, że się nie chce. Trzeba ruszyć się z miejsca, pomóc sobie.
Najbliżsi „depresanta” też nie mają łatwego życia. Choroba kładzie się cieniem także na nich. Często ze wszystkich sił starają się go zmotywować do działania, pocieszają, szukają pozytywów, mobilizują, wyszukują rozwiązania, ale jeśli ten stan trwa długo, to w końcu braknie im sił i cierpliwości. Zaczyna ich złościć ślamazarność i utyskiwanie. Jeszcze w przypadku kobiet granice są przesunięte, ale mężczyzna bardzo szybko zostaje skrytykowany za użalanie się nad sobą, co prowadzi do zaniżenia oceniany, a w efekcie pogarsza jego stan.
Takie są moje doświadczenia w tym względzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz