piątek, 3 grudnia 2010

Kobieta w Islamie

W tym tygodniu znów natrafiłam na niepochlebny artykuł o muzułmanach i ich relacjach rodzinnych. O próbach samobójczych kobiet w islamie słyszałam i czytałam już wielokrotnie i za każdym razem jakaś część mnie jest wstrząśnięta. Nie rozumiem jak w można świadomie tkwić w takim czarnogrodzie, jak można pozwolić na tak masowe łamanie najbardziej podstawowych praw człowieka, do wolności, godności i nietykalności cielesnej… Nie chodzi mi tym razem o bestialskich, prymitywnych, fanatycznie „religijnych” ojców, teściów, braci, mężów, którzy od młodych kobiet, wręcz dzieci, wymagają pracy ponad siły i spełniania ich każdej zachcianki oraz sumiennego spełniania obowiązków małżeńskich. Szokuje mnie to, że same kobiety uczestniczą w nakręcaniu tej spirali przemocy przez bierną postawę. W każdym ze wspomnianych artykułów poza mrocznym światem mężczyzn majaczył świat tak samo zdeprawowanych i okrutnych kobiet z ich rodzin, które nową żonę w domu automatycznie sprowadzają do najniższej pozycji społecznej. Przecież kiedyś te matrony też były młodziutkimi i wystraszonymi dziewczynami rzuconymi w obcy świat. Same musiały być podobnie traktowane, może tak samo bite, może tak samo poniżane, może tak samo maltretowane, a później mszczą się na kolejnych pokoleniach bogu ducha winnych dziewczyn za własne krzywdy. Strasznie to smutne. Kompletna nieświadomość, kompletne wypranie z człowieczeństwa. Przecież, gdyby same kobiety okazywały sobie wzajemnie wsparcie, współczucie, troskę, czy chociaż nie uczestniczyły w nagonce na siebie nawzajem to z czasem ich los poprawiłby się. Jestem pewna, że w domu, w którym nie byłoby tak ostrej rywalizacji między kobietami, gdyby starały się mieć dobre relacje każda z każdą, to i mężczyźni powoli ulegli by sile spokoju i serdeczności. Wierzę, że byłoby to możliwe… Niestety wiem też, że kobiety w islamie są od urodzenia tresowane gorzej niż trzoda hodowlana, często nie mają poczucia własnej tożsamości, człowieczeństwa i nie są świadome swojej kobiecości. Zszokowała mnie historia, jaką usłyszałam w Wielkiej Brytanii. Pewna światła pakistańska rodzina posłała do szkoły młoda dziewczynę. Ta zwierzyła się koleżance z ławki, polce, że jest ciężko chora, na pewną rodzinną przypadłość. Wszystkie kobiety w jej rodzinie to mają i ona sama nie wie jak długo w związki z tym przeżyje. Co miesiąc krwawi. Nie muszę chyba pisać, że nasza rodaczka była równie zszokowana niewiedzą pakistanki i delikatnie ją uświadomiła, że wszystkie kobiety tak mają i od tego się nie umiera… Okazało się, że rzeczona muzułmanka pochodzi z małej, prymitywnej górskiej wioski, ktoś z jej rodziny zahaczył się na wyspach i ściągną pozostałych członków rodziny. Jako, że ona była zdolna i szybko się uczyła pozwolono jej uczęszczać do szkoły, oczywiście pod bardzo rygorystycznymi warunkami i czujnym okiem męża… Cóż, jakiś postęp to jest. Boję się jednak, że większość muzułmanów, zwykłych prostych kobiet i mężczyzn jest zbyt przywiązanych do „tradycji”, nie wiedzą, że można żyć inaczej, nie chcą wiedzieć… Nie można przecież nikogo zmusić do ucywilizowania, ot cały paradoks dzisiejszego świata. Nigdy nie uwierzę jednak, że kobiety w islamskim świecie są szczęśliwe, szanowane i bezpieczne. Gdyby tak było, to nie byłoby takiej ilości nieszczęśliwych wypadków z ich udziałem, udanych, lub nieudanych prób samobójczych, publicznych linczów i kamienowania. To nie jest wyraz miłości, którą to wartość tak ceni islam. Brak tu podstawowej zasady relacji międzyludzkich: kochaj bliźniego swego, jak siebie samego. Zaznaczam, że kobieta to też bliźni.

Brak komentarzy: