wtorek, 14 grudnia 2010

Dla Grzesia.

Chcę o tym napisać. Bardzo chcę, od kilku dni, ale wciąż brak mi słów, wciąż to nie tak. Może po prostu powiem Wam, że…
Chłopak był kilka lat młodszy ode mnie. Nasze ścieżki splotła wspólna pasja, literatura fantasy i gry fabularne. Z grona zupełnie przypadkowych osób powstała drużyna, która wspólnie przeżyła wiele naprawdę fajnych przygód. Raz szaleliśmy w post apokaliptycznym świecie cyberpunka, raz stąpaliśmy po krętych ścieżkach Imperium, by za chwilę wzbić się w kosmos, należeliśmy do różnych ras, klas, światów.
Grześ, wysoki, jasnowłosy, jasnooki, bardzo sympatyczny, zawsze uśmiechnięty, inteligentny, niby taki niepozorny chłopak… a jednak miał pazur i wielkiego anioła wytatuowanego na plecach. Odkryliśmy to przypadkiem i jak się okazało nie był to jedyny tatuaż Grzesia. Ale ten pasował do niego idealnie, mimo, że był jakiś niepokojąco mroczny. Czas sobie płynął, wciąż graliśmy razem w RPG, Grześ zawsze wcielał się w barwne postacie, mogłabym opisać ich kilka, każda inna, ale każda taka właśnie Grzesiowa, wszystkie praworządne, honorowe, o jasno określonych celach. Lubiłam mieć go po swojej stronie i w grze i w życiu.
Niestety przyszedł czas dorastać. Ja uczyłam się żyć sama, Grześ, chyba skończył studia?, nasi wspólni znajomi w międzyczasie się pobrali, dużo się zmieniło. I znów na chwilę połączyły nas książki, kilka spotkań, kilka rozmów, pożyczyłam Grzesiowi jedną z moich ulubionych książek… Potem życie znów zawirowało i nagle się ułożyło, naprawdę dobrze, tak … aksamitnie, to dobre słowo. Dużo myślałam o ekipie graczy, tęskniłam troszkę za tym naszym innym światem, tym oderwaniem od rzeczywistości fantastycznym uniwersum. Ale to już nie będzie taki sam świat, bo nie będzie w nim Grzesia.
Często się śmiał, nawet gdy choroba brała nad nim górę. Nawet, gdy po kolejnej chemii wyglądał bardzo źle, wciąż był pogodny. Nie wiem z czym się zmagał, wiem, że walczył latami, walczył dzielnie, walczył do końca… Nie przeszedł testu, rzut krytyczny… I odszedł... jakiś czas temu, miesiąc, może dwa. Nie wiedziałam... Żałuję, że nei wiedziałam, a jeszcze bardziej, że się z nim te parę miesięcy temu nie spotkałam. Cóż, życie...
Mam nadzieję, że jego wytatuowany stróż pomógł mu trafić do najwspanialszego z wymarzonych światów. I że zagramy tam kiedyś wszyscy razem, starym składem.  
Nie umiem ładniej o tym napisać, za swierza sprawa.

Brak komentarzy: