środa, 18 sierpnia 2010

Trwam sobie

Trwam sobie, jestem, żyję, raz lepiej, raz zgorzej, ale ostatnio ewidentnie jestem w stanie zawieszenia. Zaczynam sama siebie irytować tym niebytem. Lwia część tego stanu spowodowana jest stanem zdrowia i oderwaniem od świata zewnętrznego. Co więcej im dłużej tkwię sobie w tym błogim stanie tym mniejszą mam ochotę na cokolwiek, a już najmniejszą do powrotu do "kieratu", do stałego nudnego rytmu... Potrzebuję jakiś zastrzyk pozytywnej energii, motywacji do działania, jakiegokolwiek i to teraz, zaraz, szybko, bo inaczej zdziczeję do reszty. Jedyne na co mam ochotę to zakopanie się pod kołdrą i samo wypełznięcie spod niej jest dla mnie wyzwaniem dnia. Wypełzam mimo woli, wykonuję mechaniczne czynności i wcale a wcale nie jest mi lepiej. Jak zwykle mamroczę mantrę "aby do weekendu", nie żebym się nie mogła byczyć w tygodniu, jako chora mam do tego święte prawo, ale w weekend jakoś mimo wszystko jest lżej, jest więcej życia i to z wielu, bardzo wielu powodów... zwłaszcza jednego, rodzaju męskiego. Zżera mnie apatia, więc teraz ja próbuję bezskutecznie zeżreć ją. Zobaczymy czym to się zakończy.

2 komentarze:

Some girl pisze...

hej :)
Asiu, zycie sobie trwa...czasem lepiej, czasem gorzej...Ale zawsze jest nadzieje na cos lepszego, na lepszy dzien. Wiem ze bywa tak czasami, ze poprostu isnieje dzien, a ty istniejesz z nim, zeby wstac, pojsc gdzies, cos zrobic, apozniej polozyc sie spac, wstac i nastepny dzien taki samy....I to nia daje uczucia zadowolenia...Wiem to dokladnie! Trzeba to przecierpiec...a moze napic sie winka i zapomniec o tym calym cholerstwie?

Miss Admiral pisze...

Dziękuję :) całe szczęście już się coś zmieniło, ale winko i rozmowa zawsze chętnie!