Człowiek żyje sobie w tym współczesnym świecie i zupełnie nie ma pojęcia jak bardzo jest zależny od technologii, która go otacza. Wszystkie zdobycze techniki jakimi się posługujemy stały się trwałym elementem codzienności i integralną częścią nas samych. Za jaką jednak cenę? Wolności i wrażliwości…
Ile to razy sama czułam się jak bez ręki, bo zapomniałam komórki… Bez kontaktu ze światem, poza zasięgiem bliskich i generalnie niedostępna dla nikogo. Z jednej strony czułam się niekompletna i odcięta od rzeczywistości, ale z drugiej strony taka wolność i swoboda jest piękna. Jednak gdy już znalazłam się w zasięgu tego diabelstwa musiałam wykonać serię telefonów by dać znać, że żyję, gdyż kilka godzin bez kontaktu z moją skromną osobą spowodowało falę paniki i podejrzenie, że mnie może już wśród żywych nie być. Paranoja. Pamiętam też jak dziwacznie się czułam, gdy czekałam sfrustrowana na montera od kablówki, gdyż brak dostępu do sieci doskwierał mi dalece bardziej niż cokolwiek innego…
Skąd jednak takie refleksje nad matrixem? Ano z powodu mroku.
Tak się złożyło, że w wyniku pewnych absurdalnych okoliczności przez kilka dni byłam pozbawiona prądu. Jakież było moje zdziwienie gdy po wejściu do domu automatycznie włączałam światło, a tu ciemność. Potykając się o kota, który akurat wybitnie zapragną mojego towarzystwa, zgarnęłam z parapetu zapalniczkę panny De i zorganizowałam tradycyjne oświetlenie. Szczęście, że lubię świece i mam ich sporo, bo latarki używałam ostatnio podczas wakacyjnego łażenia po bunkrach i jakoś nie pamiętam gdzie ją potem schowałam. Z kagankiem w ręku odszukałam zapas świeczek i nawet znalazłam zapałki. Nie zginę! Powoli oswajałam się z brakiem elektryczności… Czułam się niemal jak jaskiniowiec. Niby wciąż miałam bieżącą wodę, ogrzewanie, gaz a jednak było mi naprawdę dziwnie. Siedziałam przy migotliwym płomyczku i błogosławiłam telefon komórkowy dzięki któremu mogłam zorientować się co się dzieje i kiedy powrócę do XXI wieku. Jako niepoprawna optymistka zaczęłam się po prostu cieszyć tą przygodą, bo cóż innego można w takiej sytuacji zrobić. Życie bez prądu wcale nie jest takie złe, jest bardzo urokliwe. Nic to, że musiałam rozmrozić lodówkę (a nie mogłam się do tego zebrać jakiś czas), że nie mogłam zrobić prania, uprasować ciuchów, że już o stworzeniu fryzury przy pomocy skomplikowanych akcesoriów z wtyczką nie wspomnę. Całe szczęście zostałam obdarzona przez naturę poczuciem humoru i włosami, które zupełnie fajnie się układają pozostawione same sobie. Niemniej nie mogłam oprzeć się wrażeniu – Mam w domu Średniowiecze. Zaobserwowałam też u siebie śmieszne odruchy bezwarunkowe. Wychowana w dobrodziejstwie nieograniczonego korzystania z techniki ciągle bezmyślnie pstrykałam włączkami światła, albo łapałam się na elektrycznym odpalaniu kuchenki. Kolejny raz moje zamiłowanie do piromancji okazało się przydatne gdy organizowałam sobie romantyczną kąpiel. Nieoczekiwany relaks okazał się nad wyraz przyjemny.
Dumałam tak sobie nad cudem Beniamina Franklina… No a przecież jeszcze moi dziadkowie siedzieli przy lampach naftowych i świecach. W tych niecodziennych okolicznościach przyrody odkryłam na nowo człowieka. Bo gdy nie możesz włączyć radia, telewizji, komputera, nie możesz poczytać książki przy lampce, jest listopad i ciemność zapada bardzo wcześnie to co możesz ze sobą zrobić? Ano skupić się na drugiej osobie. Absolutnie nic Cię nie rozprasza. Gdy tak sobie siedziałam przy świecach i brzdąkałam na gitarze (bo jako maniaczka techniki jestem uzależniona od muzyki a w kryzysowych momentach jestem gotowa sama ją tworzyć) tak sobie wspominałam… Wspominałam jak w okresie stanu wojennego i w latach dziewięćdziesiątych były problemy z prądem. Uwielbiałam takie wieczory, gdy z bratem i rodzicami siedzieliśmy na dywanie, przy świecach, obłożeni śpiewnikami i mieliśmy własny koncert unplugged. Więzi międzyludzkie wyglądały wówczas zupełnie inaczej. Cały niesamowity nastrój, ciepło, no i brak natłoku informacji z mediów… Ciemność za oknami, cisza i tylko my przy domowym ognisku. Tęsknię za tym błogim spokojem. I za bliskością jaka towarzyszy płomieniom świec.
Chociaż mam już na nowo łączność z cywilizacją, to wczorajszy wieczór spędziłam jeszcze w tej lekko nostalgicznej atmosferze. A że zupełnie nieoczekiwanie spędziłam go w towarzystwie trzech wspaniałych kobiet i kilku butelek wina, lepiej być nie mogło.
Polecam gorąco chwilę unplagged.
Ile to razy sama czułam się jak bez ręki, bo zapomniałam komórki… Bez kontaktu ze światem, poza zasięgiem bliskich i generalnie niedostępna dla nikogo. Z jednej strony czułam się niekompletna i odcięta od rzeczywistości, ale z drugiej strony taka wolność i swoboda jest piękna. Jednak gdy już znalazłam się w zasięgu tego diabelstwa musiałam wykonać serię telefonów by dać znać, że żyję, gdyż kilka godzin bez kontaktu z moją skromną osobą spowodowało falę paniki i podejrzenie, że mnie może już wśród żywych nie być. Paranoja. Pamiętam też jak dziwacznie się czułam, gdy czekałam sfrustrowana na montera od kablówki, gdyż brak dostępu do sieci doskwierał mi dalece bardziej niż cokolwiek innego…
Skąd jednak takie refleksje nad matrixem? Ano z powodu mroku.
Tak się złożyło, że w wyniku pewnych absurdalnych okoliczności przez kilka dni byłam pozbawiona prądu. Jakież było moje zdziwienie gdy po wejściu do domu automatycznie włączałam światło, a tu ciemność. Potykając się o kota, który akurat wybitnie zapragną mojego towarzystwa, zgarnęłam z parapetu zapalniczkę panny De i zorganizowałam tradycyjne oświetlenie. Szczęście, że lubię świece i mam ich sporo, bo latarki używałam ostatnio podczas wakacyjnego łażenia po bunkrach i jakoś nie pamiętam gdzie ją potem schowałam. Z kagankiem w ręku odszukałam zapas świeczek i nawet znalazłam zapałki. Nie zginę! Powoli oswajałam się z brakiem elektryczności… Czułam się niemal jak jaskiniowiec. Niby wciąż miałam bieżącą wodę, ogrzewanie, gaz a jednak było mi naprawdę dziwnie. Siedziałam przy migotliwym płomyczku i błogosławiłam telefon komórkowy dzięki któremu mogłam zorientować się co się dzieje i kiedy powrócę do XXI wieku. Jako niepoprawna optymistka zaczęłam się po prostu cieszyć tą przygodą, bo cóż innego można w takiej sytuacji zrobić. Życie bez prądu wcale nie jest takie złe, jest bardzo urokliwe. Nic to, że musiałam rozmrozić lodówkę (a nie mogłam się do tego zebrać jakiś czas), że nie mogłam zrobić prania, uprasować ciuchów, że już o stworzeniu fryzury przy pomocy skomplikowanych akcesoriów z wtyczką nie wspomnę. Całe szczęście zostałam obdarzona przez naturę poczuciem humoru i włosami, które zupełnie fajnie się układają pozostawione same sobie. Niemniej nie mogłam oprzeć się wrażeniu – Mam w domu Średniowiecze. Zaobserwowałam też u siebie śmieszne odruchy bezwarunkowe. Wychowana w dobrodziejstwie nieograniczonego korzystania z techniki ciągle bezmyślnie pstrykałam włączkami światła, albo łapałam się na elektrycznym odpalaniu kuchenki. Kolejny raz moje zamiłowanie do piromancji okazało się przydatne gdy organizowałam sobie romantyczną kąpiel. Nieoczekiwany relaks okazał się nad wyraz przyjemny.
Dumałam tak sobie nad cudem Beniamina Franklina… No a przecież jeszcze moi dziadkowie siedzieli przy lampach naftowych i świecach. W tych niecodziennych okolicznościach przyrody odkryłam na nowo człowieka. Bo gdy nie możesz włączyć radia, telewizji, komputera, nie możesz poczytać książki przy lampce, jest listopad i ciemność zapada bardzo wcześnie to co możesz ze sobą zrobić? Ano skupić się na drugiej osobie. Absolutnie nic Cię nie rozprasza. Gdy tak sobie siedziałam przy świecach i brzdąkałam na gitarze (bo jako maniaczka techniki jestem uzależniona od muzyki a w kryzysowych momentach jestem gotowa sama ją tworzyć) tak sobie wspominałam… Wspominałam jak w okresie stanu wojennego i w latach dziewięćdziesiątych były problemy z prądem. Uwielbiałam takie wieczory, gdy z bratem i rodzicami siedzieliśmy na dywanie, przy świecach, obłożeni śpiewnikami i mieliśmy własny koncert unplugged. Więzi międzyludzkie wyglądały wówczas zupełnie inaczej. Cały niesamowity nastrój, ciepło, no i brak natłoku informacji z mediów… Ciemność za oknami, cisza i tylko my przy domowym ognisku. Tęsknię za tym błogim spokojem. I za bliskością jaka towarzyszy płomieniom świec.
Chociaż mam już na nowo łączność z cywilizacją, to wczorajszy wieczór spędziłam jeszcze w tej lekko nostalgicznej atmosferze. A że zupełnie nieoczekiwanie spędziłam go w towarzystwie trzech wspaniałych kobiet i kilku butelek wina, lepiej być nie mogło.
Polecam gorąco chwilę unplagged.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz