„Prawdziwy mężczyzna to taki, który urodził się przed wojną, albo przynajmniej przed stanem wojennym”… Coś w ten deseń usłyszałam, nomen omen od mężczyzny urodzonego naturalnie przed 13 grudnia 1981. Któregoś razu spuściłam myśli ze smyczy i pozwoliłam im się błąkać bez celu. W efekcie prawie się rozkleiłam. Skończyło się jednak na tym, że łza mi się w oku zakręciła i na jakiś czas ugrzęzłam w tęsknocie ciężkiej, dusznej, lepkiej i gęstej. Tęsknocie beznadziejnej, co jak oblepi człowieka to mu tchu brakuje. Za mężczyzną oczywiście. Za najwspanialszym facetem jaki w mojej opinii kiedykolwiek chodził po tym świecie. Za moim dziadkiem. Pan Edward W. To był najprawdziwszy i najwierniejszy mężczyzna. Mający bystry umysł i poczucie humoru. Cechowało go zamiłowanie do zabawy, muzyki poważnej, nowinek technicznych, wędkarstwa, polityki. Miał swój ścisły kodeks moralny, choć bywał bardzo surowy, miał gołębie serce. Przede wszystkim jednak miał wielkie poczucie obowiązku względem rodziny, dbał o nas wszystkich jak umiał najlepiej. Rozpieszczał swoją żonę, córki i wnuczkę. A nade wszystko cenił sobie wykształcenie i kulturę osobistą. Choć jak każdy śmiertelnik miał swoje wady, to był naprawdę wspaniałym człowiekiem. Mogłabym pisać o nim bez końca. O tym jak jako małego brzdąca pacyfikował mnie na drzemkę, jak znalazł jedyną skuteczną metodę na usypianie mnie za dnia, jak godzinami spacerowaliśmy po parku czy lesie, o tym jak siedzieliśmy w garażu, jak żarty sytuacyjne z naszym udziałem stawały się rodzinnymi anegdotami. Mój dziadek dawał mi ogromne wsparcie, bo wiem, że szczerze był ze mnie dumny. Zawsze chętnie dzieliłam się z nim każdym, najmniejszym sukcesem, a on promieniał i cieszył się z niego razem ze mną. Miał taki specjalny uśmiech, delikatny, ale mówiący „To jest moja wnuczka i jestem z niej bardzo dumny”. Często mówił, że moi bracia są dla niego bardzo ważni i jest szczęśliwy, że ma takich wnuków, ale to ja zawsze byłam jego ulubienicą. To była nasza mała tajemnica. Zawsze cieszyłam się z wizyty u dziadków i zawsze starałam się dać im jakiś prawdziwy powód do radości. To bezwarunkowe i niezachwiane wsparcie zawsze było dla mnie opoką. Dotarło to do mnie z całą siłą w momencie gdy mój ukochany i jedyny dziadek zmarł. Nagle, w jednej chwili, we własnym domu, już po śniadaniu i spacerze, w jednym momencie rozmawiał z babcią i martwił się przeziębieniem mojego brata, a za kilka sekund usnął. To był szok, ogromny ból, naprawdę ciężki i nieustający, i ta nieprzemijająca tęsknota.
Wierzę, że wciąż jest ze mnie dumny. Z tego kim jestem i co osiągnęłam. Wierzę, że muszę wciąż iść z podniesioną głową, bo jestem jego jedyną i ukochaną wnuczką. Dobrze jest wiedzieć, że ten wspaniały człowiek czuwa nade mną.
Wierzę, że wciąż jest ze mnie dumny. Z tego kim jestem i co osiągnęłam. Wierzę, że muszę wciąż iść z podniesioną głową, bo jestem jego jedyną i ukochaną wnuczką. Dobrze jest wiedzieć, że ten wspaniały człowiek czuwa nade mną.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz