piątek, 18 maja 2012

Dziecko wody.

Zaglądam na tego mojego bloga co jakiś czas i jakoś nie mogę się zebrać do pisania. eM mnie zachęca, Er też się jakiś czas temu pytał co tak cicho… a ja po prostu chyba musiałam dojrzeć do tego, żeby opowiadać znów o tym co się dzieje we mnie i wokół mnie.

Moja nowa praca, jego nowa praca i dziecko. Takie combo to tylko ja sobie umiem w życiu zafundować. Bo jak nic się nie działo, to nic, a jak już, to na każdym froncie. Trochę mnie to z początku przerażało jak ja ogarnę jednocześnie rewolucję w życiu zawodowym i osobistym, al. Jakoś sobie radzimy.
Wiele rzeczy zaskoczyło mnie w ostatnich miesiącach, nabrałam zupełnie innej perspektywy i uczę się teraz na nowo jak żyć.
Bo to zupełnie co innego być sobie samemu sterem i okrętem, a co innego związać swój los na dobre i złe z drugim człowiekiem… a już kompletnie poważną sprawą jest przyjąć na siebie całkowitą odpowiedzialność za życie nowej istoty, mojego dziecka. Cały czas nie czuję się na to gotowa, ale kolejne tygodnie ciąży mijają bardzo szybko, a ja pomału dorastam do tego wyzwania.
Już teraz boli mnie to, że muszę rezygnować z wielu rzeczy które sprawiały mi przyjemność, jak chociażby butelka dobrego wina zagryziona jakimś ostrym serem dojrzewającym… czy też uziemienie – dosłowne – na lądzie w sezonie żeglarskim 2012. To mnie najbardziej smuci, bo bardzo bym chciała popłynąć chociaż w krótki rejs. Im pogoda jest lepsza, im bliżej lata tym bardziej tęsknię za żaglami, za szumem wody, za łopotem wiatru i zapachem Mazur.
Skoro moje maleństwo zakosztowało już narciarstwa, do dlaczego miałoby nie poczuć kołysania pokładu? Jestem pewna, że będzie zachwycone. Tylko jak przekonać tatę? Oto jest pytanie. Że już o babci nie wspomnę. Jak tak dalej pójdzie to się zbuntujemy chyba, małe i ja, i uciekniemy na jakiś choćby parogodzinny rejs z żeglarską „rodzinką”…
Tak, zdecydowanie o tym myślę od kilku tygodni. Potem będę już grzecznie siedziała na lądzie, ale bez tej odrobiny żagli uschnę chyba.

Brak komentarzy: