Zawieszona. Wyszłam z siebie. Patrzę z boku, z dystansu, na osobę skromną własną. Zawieszona. Patrzę tak sobie, możliwie obiektywnie i nie za bardzo podoba mi się to, co widzę… Bo widzę:
Zmęczenie,
Opada powili na ramiona jak zwiewny szal, ledwie ledwie wyczuwalne muśnięcie… Potem zaś kładzie się na barkach wyczuwalnym już ciężarem. Początkowo niewielkim, zauważalnym tylko, ale... Ale z czasem rozrastającym się potężnie, stającym nie do uniesienia… Przytłacza, wrasta w węzły napiętych mięśni.
Znużenie,
Otumania mnie, osnuwa umysł mgłą, czy siwym dymem. Cokolwiek to jest ogranicza pole widzenia, pole osądu i zrozumienia. Nieostro, ale jednak widzę, że nuda, rutyna, lepią bezbarwne kalkomanie dni... Otępia mnie to w dosyć błogi, acz podejrzanie niebezpieczny sposób…
Zrezygnowanie,
Siła pętająca od środka obolałą duszę. Zamykam się w sposób aż bolesny. Bo czuję, czuję, że tak bardzo nie mam ochoty, najmniejszej nawet. Jeszcze bardziej nie mam czasu, pędzę, lecę, gnam za każdą minuta, która mija bezpowrotnie jak sekunda... Zdecydowanie nie mam siły, ani odrobiny. I już chyba nie mam krzty cierpliwości, wybucham coraz to większą furią pod byle pretekstem. No i z całą pewnością nie mam chęci… do niczego.
Co za letarg bezsensowny i pusty. Widzę, widzę, patrzę, rozumiem, ale ruszyć się nie mogę. Słup soli skamieniały. Może ta świadomość jednak mnie poruszy i cały ten bezsensowny kokon w jakim siedzę skruszy. I polecę wolna, silna, pełna wiary, nadziei, miłości... Jak dawniej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz