Czy prawdziwe polskie przyjęcie rodzinne może się obyć bez chociażby odrobiny politykowania? Nie może! Z racji zawodu w moim życiu prywatnym jak ognia unikam wszelkich dyskusji politycznych. Jednak przy rodzinnym stole, zwłaszcza w okresie wyborów, jest to zagadnienie nader chętnie roztrząsane. Ostatnio sprawiło mi nawet swego rodzaju radość, to znaczy, obśmiałam się w duchu, no bo na głos, przy stole, no nie wypadało mi przecież. Pozwoliłam sobie jednak na porozumiewawcze uśmiechy z cichymi sojusznikami.
Jeden z moich wujków, pan starszy, więc trochę go to usprawiedliwia, wygłosił teorię spiskową, której nie powstydziłaby się jedna z wiodących partii politycznych. Aż dziw, że nie umieścili tego w żadnym swoim spocie wyborczym. Już wyjaśniam o co chodzi. Wuj z nieukrywanym przejęciem i zachowaniem pełnej powagi instruował zgromadzonych, że na wybory trzeba koniecznie chodzić z własnym, osobistym, sprawnym długopisem. Należy mieć swój zaufany sprzęt, gdyż istnieje realne zagrożenie, że długopisy w punktach wyborczych zawierają atrament sympatyczny, bądź też można je wywabić w inny sposób i na takich oczyszczonych kartach stawiane są rzekomo zupełnie inne krzyżyki, a zatem głosy są zmieniane. Teza ta, skądinąd nie pozbawiona pewnego uroku wywołała spore poruszenie. Na poparcie tejże historii przytoczone zostały przez resztę rodziny poczynania rad osiedlowych, w których wyniki głosowania nader często zmieniają się w zależności od układu i z demokracją nie mają nic wspólnego. Ale to już zupełnie inna bajka.
Ja może ciut naiwnie jeszcze wierzę w demokrację… pamiętam jednak sławne „trzy razy tak”, więc teza wujka wywołała we mnie jednak pewien niepokój. Nie sądzę też, by wymyślił ją sam.
Ja może ciut naiwnie jeszcze wierzę w demokrację… pamiętam jednak sławne „trzy razy tak”, więc teza wujka wywołała we mnie jednak pewien niepokój. Nie sądzę też, by wymyślił ją sam.
Reasumując, na kolejne głosowanie, tak na wszelki wypadek, chyba pójdę z własnym długopisem ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz