poniedziałek, 17 stycznia 2011

Senna mara...

Koszmar, coś co nas przeraża, co trafia do wnętrza i zasiewa strach, niepokój… Bardzo nieprzyjemne doznanie, ta senna mara. Dziś niestety mój świt daleki był od lekkich różowozłotych poranków. Z dręczącej wizji wyrwał mnie błogosławiony dźwięk budzika. To, że sama nie mogłam się wyrwać z objęć Morfeusza spotęgowało tylko moje przerażenie.
Koszmarem jest tracić bliskich, równie straszną rzeczą jest śnić o tym, tak autentycznie, realnie… Wiem, że to tylko sen, zły sen, kłamliwa ułuda, niemniej moja rozpacz w nim była autentyczna. Wiem też, że gdy kiedyś nadejdzie taki dzień, że zabraknie tej jednej z najważniejszych osób w moim życiu, ten ból będzie jeszcze większy niż wyśnione emocje. Wiem, że nikt nie jest wieczny. Jednak nie wyobrażam sobie straty tych opiekuńczych skrzydeł, które czuję nad sobą. Tęsknię jeszcze bardziej za obecnością tegoż anioła, głosem, spojrzeniem, za zwyczajną codziennością, jak sprzed lat…
Jeszcze mi nieswojo po tej zmorze…

1 komentarz:

Some girl pisze...

rozumiem, ze czesto tak jest, snisz cos, wstajesz z lodowatymi kroplami potu na twarzy.....ze czegos takiego nie chcialabys przezyc nigdy! I nie mozesz sie uspooic z tego powidu!