Wróciłam! Wróciłam z podróży, która była dla mnie nie lada
wyzwaniem, gdyż miałam niezwykłe towarzystwo. Pojechała ze mną dobra kumpela,
ale głównym bohaterem wyprawy był mój niespełna roczny synek. Pierwszy raz w
życiu leciał samolotem!
Przygotowania do wyjazdu zajęły mi chwilę, gdyż mały
podróżnik ma swoje wymagania. Przede wszystkim musiał posiadać swój własny
dokument, i tak jedenastomiesięczny brzdąc może się wylegitymować pierwszym
dowodem osobistym. Zdjęcie lewego półprofilu u takiego ruchliwego szpryca także
stanowiło niezłe wyzwanie. Udało się jednak uchwycić co trzeba, znaczy ucho,
buziaka i choć mina nie jest na tym zdjęciu szczególni szczęśliwa, bo nie można
było mordki w uśmiechu rozdziawiać, to jest mniej więcej do siebie podobny. Papiery
złożone, realizacja szybka, dokument odebrany. Ale to nie koniec papierkowej
roboty. Jako, ze żyję z tatą Adasia w związku ściśle luźnym, to mamy inne
nazwiska. Ja i syn. Znaczy muszę mieć glejt na to, że ja to matka tego oto
człowieczka i mogę mieć go pod opieką. Co więcej muszę ten glejt mież w obcym
języku. Całe szczęście znajome z doświadczeniami w podróżach dziecięcych
doradziły mi, że najlepiej będzi wystąpić o skrócony europejski odpis aktu
urodzenia… Brzmi skomplikowanie, ale załatwiłam go dosłownie od ręki w
przemiłej atmosferze. Zatem wyrazy sympatii dla Urzędu Wola!!! Dokumenty
podróżne mam w garści, bilety lotnicze kupione, no to trzeba się spakować. To
też logistyczne zadanie, bo musiałam mieć pod ręką jedzenie dla dziecka,
przekąski „suche” i „mokre”, napoje, przybory toaletowe, pieluszki, kocyk, smoczek
(lepiej dwa),zabawki, książeczkę, a także ubranko na zmianę w razie nagłej potrzeby.
Tu zaznaczam, że dla małych dzieci NIE obowiązuje limit płynów, mogłam zatem
zabrać dwie pełne butle mleka, niekapek z napojem i dużą wodę (wiadomo, że to
ja z niej skorzystałam). A to wszystko w torbę o przepisowych wymiarach.
Zdecydowałam się nie brać wózka, choć mogłam, bo na miejscu czekał na Adasia
nowy wózek. Na lotnisku młody podróżnik był zatem transportowany w nosidle, co
sprawdza się super. Musiałam także przygotować synkowi strój odpowiedni do
drogi i zmian klimatycznych, znaczy możliwie wygodny, warstwowy, od krótkiego
rękawka po jesienną kurtkę. Tak przygotowani ruszyliśmy ku przygodzie!
![]() |
| Lotnisko Chopina |
Nie obyło się oczywiście bez niespodzianek. Po odprawie,
która poszła gładko udaliśmy się do naszej bramki, czy jak kto woli, z
angielska do „gate”. Czekając na wejście na pokład Adasiem spacerował ze mną za
rączkę po okolicy i zawierał nowe znajomości. Sielankę przerwało ogłoszenie. Nasz
wylot opóźnił się najpierw o kwadrans, no, to jeszcze nie tragedia… Po
kwadransie okazało się, że jeszcze godzina czekania przed nami. No, to już
gorzej. Mały zjadł obiad, my po kanapce i dalej zwiedzać lotnisko. Adasiek zauroczył
pięcioletnią panieneczkę, która umiliła nam czekanie. W końcu weszliśmy na
pokład samolotu. Dla dzieci poniżej 2 lat nie ma opcji wykupieni miejsca
siedzącego. Zatem wizja kilku godzinnego lotu z moim małym żywiołakiem na
kolanach lekko mnie przerażała. Adam wysączył butlę już przy kołowaniu na pas
startowy. Całe szczęście start poszedł bez kłopotów. Okazało się też, że rząd
przed nami był pusty, zatem przesiedliśmy się do niego by mieć miejsce dla
rozbrykanego podróżnika. Adam ani myślał spać. Musiał zwiedzać, oglądać,
poznawać miejsce i ludzi… Poderwał brytyjską stewardessę, a potem znalazł nieco
młodszą, podobnie jak wcześniej, pięcioletnią koleżankę, z którą szaleli dobre
pół godziny. Choć mój maluch nie skarżył się na żadne dolegliwości i nawet
apetyt miał w trakcie lotu, to uwierzcie mi, w życiu tak się nie zmęczyłam!
Wyczekiwałam lądowania jak nigdy w życiu. Moja towarzyszka spisała się na
medal, bardzo pomagała mi przy smyku, odstawiłyśmy niezłe przedstawienie
zabawiając naszego króla. Od popisów wokalnych, przez teatralne, wszystko, by
Adaś pozostał na miejscu lub w jego okolicy. Aż dziw, że nas nie sprawdzali pod
kątem substancji nielegalnych, bo to naprawdę było zjawisko. Nie
przeszkadzałyśmy co prawda innym podróżnym, ale jakby ktoś na nas popatrzył z
boku, to albo byłby ubawiony, albo przerażony. W każdym razie podróż była pełna
zabawy!
Lądowanie poszło szybko, miękko i bez oklasków! Uff… Przy wyjściu z samolotu ni z tego ni z owego mój syn raptem wziął i … zasnął… Jednak zmęczył go ten lot? Drzemka trwała jednak zaledwie kilka minut, gdyż zaraz po opuszczeniu lotniska ocknął się i wylądował w ramionach dziadków. Mimo iż było już późne popołudnie mały podróżnik ani myślał odpoczywać i po posiłku spałaszowanym w samochodzie zwiedzał z nami Liverpoolskie doki Alberta. Był żywo zainteresowany okolica i zachwycony licznym towarzystwem. Padł dopiero w drodze do domu dziadków.
Lądowanie poszło szybko, miękko i bez oklasków! Uff… Przy wyjściu z samolotu ni z tego ni z owego mój syn raptem wziął i … zasnął… Jednak zmęczył go ten lot? Drzemka trwała jednak zaledwie kilka minut, gdyż zaraz po opuszczeniu lotniska ocknął się i wylądował w ramionach dziadków. Mimo iż było już późne popołudnie mały podróżnik ani myślał odpoczywać i po posiłku spałaszowanym w samochodzie zwiedzał z nami Liverpoolskie doki Alberta. Był żywo zainteresowany okolica i zachwycony licznym towarzystwem. Padł dopiero w drodze do domu dziadków.
![]() |
| Liverpool |
W trakcie naszego pobytu w UK, Adam oczarował połowę ludzi, których spotkał na swojej drodze. Doskonale się bawił, grał w piłkę na trawniku, buszował z nami po sklepach i jeździł (oraz chodził!) na długie spacery. Nie na wszystkie wycieczki ciągnęłyśmy ze sobą smyka, ale nie znaczy to, że mu się nudziło. Babcia zadbała o atrakcje dla brzdąca.
![]() |
| Buszujemy na trawniku! |
![]() |
| Prawie jak nasze Mazury. |
![]() |
| Aksamitne! |
Pobyt minął nam szybko i nawet się nie obejrzeliśmy jak znów znaleźliśmy się na lotnisku Johna Lennona. Powrót do Polski był także pełen wrażeń. Jako, że leciała z nami babcia, to zajęliśmy cały rząd. Adam skrupulatnie to wykorzystał szalejąc nie mniej niż podczas poprzedniego lotu. Niestety, mimo iż leciało z nami sporo dzieciaków, to jakoś z żadnym nie udało się pobawić, opiekunowie trzymali je przy sobie. I tak mój synek zaprzyjaźniał się z dorosłymi z okolicy, nawet z panem siedzącym 3 rzędy za nami – machali do siebie co jakiś czas. Mały wyraźnie tęsknił już za tatą, bo gdy tylko spotkaliśmy mężczyznę choć trochę podobnego, był nim więcej niż trochę zainteresowany, a potem rozczarowany… Każdy pan w czerwonej kurtce był także uważnie oglądany. Lot nie dłużył mi się już tak bardzo. Adaś nawet na kilka chwil usiadł na kolanach babci. Po moich skakał. Po cioci także. Bardzo chciał zaczepiać pasażerów siedzących przed nami, na co z kolei ja nie bardzo chciałam pozwolić. Wszak jakieś granice muszą być. Z przykrością muszę też stwierdzić, że angielska obsługa linii lotniczej była dla nas o wiele sympatyczniejsza niż polska, bardziej uśmiechnięta i życzliwa. No, ale widać już tacy jesteśmy Polacy-ponuracy. Lądowanie poszło jak po grudzie, pilot posadził samolot ciężko i jakoś tak… brutalnie. W każdym razie zaburzyło to moje poczucie bezpieczeństwa i mocno trzymała syna w ramionach. Kompletnie nie rozumiem dlaczego dziecko nie może podróżować samolotem w foteliku samochodowym. Byłoby to bezpieczniejsze i bardziej wygodne dla malucha i jego otoczenia. Przypinanie dziecka dodatkowym pasem do swojego pasa w moim poczuciu wcale go nie zabezpiecza a jedynie „uwiązuje” do miejsca. A weź tu uwiąż malucha, który jeszcze nie rozumie, że ma grzecznie siedzieć z jakiegoś innego powodu niż posiłek. No, ale to już moje narzekanie.
Na lotnisku czekał na nas mój kochany eR. Adaś od razu uwiesił się tacie na szyi, a ja razem z nim. Bukiet jakim mnie powitał już niemal tydzień cieszy moje oczy. Po dotarciu do domu nie mogliśmy się sobą nacieszyć.
Podróżowanie jest wspaniałe, ale rozłąka z ukochanym wzmaga tęsknotę za domem. Zdecydowanie fajniej jest zwiedzać świat razem.
Tutaj raz jeszcze dziękuję mojej miłej towarzyszce – zapamiętałej podróżniczce, za wsparcie, opiekę i dobrą zabawę. Dziękuję też rodzicom, za wspaniałe przyjęcie i czas jaki nam poświęcili. Dziękuję też eR, za zaufanie i za to, że zgodził się na tą wyprawę.
Nie ostatnią na pewno.
![]() |
| Żegnaj nam dostojny stary porcie, rzeko Mersey żegnaj nam... |






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz