środa, 2 października 2013

Lets fly away!

Wróciłam! Wróciłam z podróży, która była dla mnie nie lada wyzwaniem, gdyż miałam niezwykłe towarzystwo. Pojechała ze mną dobra kumpela, ale głównym bohaterem wyprawy był mój niespełna roczny synek. Pierwszy raz w życiu leciał samolotem!
Przygotowania do wyjazdu zajęły mi chwilę, gdyż mały podróżnik ma swoje wymagania. Przede wszystkim musiał posiadać swój własny dokument, i tak jedenastomiesięczny brzdąc może się wylegitymować pierwszym dowodem osobistym. Zdjęcie lewego półprofilu u takiego ruchliwego szpryca także stanowiło niezłe wyzwanie. Udało się jednak uchwycić co trzeba, znaczy ucho, buziaka i choć mina nie jest na tym zdjęciu szczególni szczęśliwa, bo nie można było mordki w uśmiechu rozdziawiać, to jest mniej więcej do siebie podobny. Papiery złożone, realizacja szybka, dokument odebrany. Ale to nie koniec papierkowej roboty. Jako, ze żyję z tatą Adasia w związku ściśle luźnym, to mamy inne nazwiska. Ja i syn. Znaczy muszę mieć glejt na to, że ja to matka tego oto człowieczka i mogę mieć go pod opieką. Co więcej muszę ten glejt mież w obcym języku. Całe szczęście znajome z doświadczeniami w podróżach dziecięcych doradziły mi, że najlepiej będzi wystąpić o skrócony europejski odpis aktu urodzenia… Brzmi skomplikowanie, ale załatwiłam go dosłownie od ręki w przemiłej atmosferze. Zatem wyrazy sympatii dla Urzędu Wola!!! Dokumenty podróżne mam w garści, bilety lotnicze kupione, no to trzeba się spakować. To też logistyczne zadanie, bo musiałam mieć pod ręką jedzenie dla dziecka, przekąski „suche” i „mokre”, napoje, przybory toaletowe, pieluszki, kocyk, smoczek (lepiej dwa),zabawki, książeczkę, a także ubranko na zmianę w razie nagłej potrzeby. Tu zaznaczam, że dla małych dzieci NIE obowiązuje limit płynów, mogłam zatem zabrać dwie pełne butle mleka, niekapek z napojem i dużą wodę (wiadomo, że to ja z niej skorzystałam). A to wszystko w torbę o przepisowych wymiarach. Zdecydowałam się nie brać wózka, choć mogłam, bo na miejscu czekał na Adasia nowy wózek. Na lotnisku młody podróżnik był zatem transportowany w nosidle, co sprawdza się super. Musiałam także przygotować synkowi strój odpowiedni do drogi i zmian klimatycznych, znaczy możliwie wygodny, warstwowy, od krótkiego rękawka po jesienną kurtkę. Tak przygotowani ruszyliśmy ku przygodzie!



Lotnisko Chopina
Nie obyło się oczywiście bez niespodzianek. Po odprawie, która poszła gładko udaliśmy się do naszej bramki, czy jak kto woli, z angielska do „gate”. Czekając na wejście na pokład Adasiem spacerował ze mną za rączkę po okolicy i zawierał nowe znajomości. Sielankę przerwało ogłoszenie. Nasz wylot opóźnił się najpierw o kwadrans, no, to jeszcze nie tragedia… Po kwadransie okazało się, że jeszcze godzina czekania przed nami. No, to już gorzej. Mały zjadł obiad, my po kanapce i dalej zwiedzać lotnisko. Adasiek zauroczył pięcioletnią panieneczkę, która umiliła nam czekanie. W końcu weszliśmy na pokład samolotu. Dla dzieci poniżej 2 lat nie ma opcji wykupieni miejsca siedzącego. Zatem wizja kilku godzinnego lotu z moim małym żywiołakiem na kolanach lekko mnie przerażała. Adam wysączył butlę już przy kołowaniu na pas startowy. Całe szczęście start poszedł bez kłopotów. Okazało się też, że rząd przed nami był pusty, zatem przesiedliśmy się do niego by mieć miejsce dla rozbrykanego podróżnika. Adam ani myślał spać. Musiał zwiedzać, oglądać, poznawać miejsce i ludzi… Poderwał brytyjską stewardessę, a potem znalazł nieco młodszą, podobnie jak wcześniej, pięcioletnią koleżankę, z którą szaleli dobre pół godziny. Choć mój maluch nie skarżył się na żadne dolegliwości i nawet apetyt miał w trakcie lotu, to uwierzcie mi, w życiu tak się nie zmęczyłam! Wyczekiwałam lądowania jak nigdy w życiu. Moja towarzyszka spisała się na medal, bardzo pomagała mi przy smyku, odstawiłyśmy niezłe przedstawienie zabawiając naszego króla. Od popisów wokalnych, przez teatralne, wszystko, by Adaś pozostał na miejscu lub w jego okolicy. Aż dziw, że nas nie sprawdzali pod kątem substancji nielegalnych, bo to naprawdę było zjawisko. Nie przeszkadzałyśmy co prawda innym podróżnym, ale jakby ktoś na nas popatrzył z boku, to albo byłby ubawiony, albo przerażony. W każdym razie podróż była pełna zabawy!
Lądowanie poszło szybko, miękko i bez oklasków! Uff… Przy wyjściu z samolotu ni z tego ni z owego mój syn raptem wziął i … zasnął… Jednak zmęczył go ten lot? Drzemka trwała jednak zaledwie kilka minut, gdyż zaraz po opuszczeniu lotniska ocknął się i wylądował w ramionach dziadków. Mimo iż było już późne popołudnie mały podróżnik ani myślał odpoczywać i po posiłku spałaszowanym w samochodzie zwiedzał z nami Liverpoolskie doki Alberta. Był żywo zainteresowany okolica i zachwycony licznym towarzystwem. Padł dopiero w drodze do domu dziadków.


Liverpool

W trakcie naszego pobytu w UK, Adam oczarował połowę ludzi, których spotkał na swojej drodze. Doskonale się bawił, grał w piłkę na trawniku, buszował z nami po sklepach i jeździł (oraz chodził!) na długie spacery. Nie na wszystkie wycieczki ciągnęłyśmy ze sobą smyka, ale nie znaczy to, że mu się nudziło. Babcia zadbała o atrakcje dla brzdąca.

Buszujemy na trawniku!
Prawie jak nasze Mazury.
Aksamitne!


Pobyt minął nam szybko i nawet się nie obejrzeliśmy jak znów znaleźliśmy się na lotnisku Johna Lennona. Powrót do Polski był także pełen wrażeń. Jako, że leciała z nami babcia, to zajęliśmy cały rząd. Adam skrupulatnie to wykorzystał szalejąc nie mniej niż podczas poprzedniego lotu. Niestety, mimo iż leciało z nami sporo dzieciaków, to jakoś z żadnym nie udało się pobawić, opiekunowie trzymali je przy sobie. I tak mój synek zaprzyjaźniał się z dorosłymi z okolicy, nawet z panem siedzącym 3 rzędy za nami – machali do siebie co jakiś czas. Mały wyraźnie tęsknił już za tatą, bo gdy tylko spotkaliśmy mężczyznę choć trochę podobnego, był nim więcej niż trochę zainteresowany, a potem rozczarowany… Każdy pan w czerwonej kurtce był także uważnie oglądany. Lot nie dłużył mi się już tak bardzo. Adaś nawet na kilka chwil usiadł na kolanach babci. Po moich skakał. Po cioci także. Bardzo chciał zaczepiać pasażerów siedzących przed nami, na co z kolei ja nie bardzo chciałam pozwolić. Wszak jakieś granice muszą być. Z przykrością muszę też stwierdzić, że angielska obsługa linii lotniczej była dla nas o wiele sympatyczniejsza niż polska, bardziej uśmiechnięta i życzliwa. No, ale widać już tacy jesteśmy Polacy-ponuracy. Lądowanie poszło jak po grudzie, pilot posadził samolot ciężko i jakoś tak… brutalnie. W każdym razie zaburzyło to moje poczucie bezpieczeństwa i mocno trzymała syna w ramionach. Kompletnie nie rozumiem dlaczego dziecko nie może podróżować samolotem w foteliku samochodowym. Byłoby to bezpieczniejsze i bardziej wygodne dla malucha i jego otoczenia. Przypinanie dziecka dodatkowym pasem do swojego pasa w moim poczuciu wcale go nie zabezpiecza a jedynie „uwiązuje” do miejsca. A weź tu uwiąż malucha, który jeszcze nie rozumie, że ma grzecznie siedzieć z jakiegoś innego powodu niż posiłek. No, ale to już moje narzekanie.
Na lotnisku czekał na nas mój kochany eR. Adaś od razu uwiesił się tacie na szyi, a ja razem z nim. Bukiet jakim mnie powitał już niemal tydzień cieszy moje oczy. Po dotarciu do domu nie mogliśmy się sobą nacieszyć.
Podróżowanie jest wspaniałe, ale rozłąka z ukochanym wzmaga tęsknotę za domem. Zdecydowanie fajniej jest zwiedzać świat razem.
Tutaj raz jeszcze dziękuję mojej miłej towarzyszce – zapamiętałej podróżniczce, za wsparcie, opiekę i dobrą zabawę. Dziękuję też rodzicom, za wspaniałe przyjęcie i czas jaki nam poświęcili. Dziękuję też eR, za zaufanie i za to, że zgodził się na tą wyprawę.
Nie ostatnią na pewno.


Żegnaj nam dostojny stary porcie, rzeko Mersey żegnaj nam...


Brak komentarzy: