wtorek, 6 marca 2012

Białe Szaleństwo - sezon 2012

Wiosna wiosną, zieleń zielenią, a ledwie miesiąc temu szykowałam się na jakże długo oczekiwaną wyprawę na narty!
Pomysł zrodził się spontanicznie, po raz pierwszy nie ja byłam pomysłodawcą i realizatorem tegoż planu, a jedynie szczęśliwym uczestnikiem wesołej wycieczki. Szalenie mi się to podobało, bo już na wstępie nie musiałam się zupełnie niczym martwić, a jedynie cieszyć się czekającą mnie przyjemnością!
Tym razem z inicjatywą wyszedł ( a w zasadzie wyszła) Madzik. Okazało się, że planuje się wybrać ze swoimi miłymi ludzikami na narty do Szczawnika. Od powzięcia tegoż planu do czasu jego realizacji pozmieniało się w tym kręgu całkiem sporo. Wspólnie spędzony sylwester zintegrował towarzystwo, u niektórych coś zaiskrzyło, u innych coś się zmieniło (na lepsze, na lepsze), do tego z kilku chętnych zebrała się wesoła dziesiątka. Pewnie gdybyśmy od początku chcieli jechać w takim składzie to za nic na świecie nie zgralibyśmy terminów, a tak połączył nas szczęśliwy przypadek.
I tak 10 lutego 2012 r., wieczorem zebraliśmy się na Dworcu Zachodnim, z którego autobusem mieliśmy wyruszyć do Krynicy Górskiej, a z niej busem do Szczawnika. Wszyscy stawili się o czasie i z bardzo pozytywnym nastawieniem. Humorów nie popsuł nawet fakt, że w luku bagażowym nie zmieściły się nasze bagaże, a było ich sporo bo każdy tachał narty, buty, bagaż i coś podręcznego... Upchnęliśmy się jednak jakoś w dostępnej przestrzeni i rozpoczęliśmy urlop. Nocna jazda autobusem w moim przypadku okazała się bardzo komfortowa, gdyż po prostu ją przespałam. W większości. Nie ominęły mnie atrakcje w postaci bardzo głośnej, rozgadanej starszej pani, co o 2.00 nad ranem chciała częstować kierowcę śledziem po kaszubsku i dopiero po interwencji innego pasażera dała spokój i kierowcy i śledziom. Koło 5.30 rano dotarliśmy do Krynicy. Nasz "Kierownik Wycieczki" był doskonale zorganizowany i na dworcu czekał już na nas busik, który to przewiózł nas wraz ze wszystkimi klamotami do miejsca przeznaczenia - ośrodka Ostrowianki. Świtało już gdy dobudziliśmy kierownika ośrodka, a ten, mino barbarzyńsko wczesnej pory przywitał  nas lekko rozespanym uśmiechem i rozlokował po pokojach. Bardzo nam było miło, że od razu dostaliśmy też śniadanko, bo choć każdy coś tam zabrał do przegryzienia, to śniadanko podane pod nos nastroiło nas już całkowicie urlopowo!


Pokoje w ośrodku były przestrzenne, w każdym była łazienka, czajnik elektryczny i co najważniejsze, gorący kaloryfer, gdyż temperatura na zewnątrz wciąż trzymała się w okolicy dobrych - 15 stopni. Po śniadanku i lekkim ogarnięciu się wybraliśmy się na rekonesans. Gdy doszliśmy na stok, oblany słonecznymi promieniami, wyratrakowany i z nielicznymi tylko miłośnikami białego szaleństwa stało się zupełnie jasne, że szybciutko wracamy do ośrodka po swój sprzęt i wskakujemy na wyciąg!!! I tak też pięcioro z nas uczyniło.
Dwie Doliny Wierchomla i Muszyna to naprawdę fajny kompleks narciarski, jak na polskie warunki oczywiście. Jest całkiem sporo tras o różnym poziomie trudności i każdy znalazł coś dla siebie. Szybko odkryliśmy także która knajpka jest najprzyjaźniejsza portfelom turystów i serwuje nie oszukane grzane wino (chrupiące frytki z serem, rumiane kiełbaski, chrupkie zapiekanki i sycącą zupę również). Mróz i słońce towarzyszyły nam przez kilka pierwszych dni pobytu i uczyniły jazdę naprawdę przyjemną.
Śniadania zazwyczaj jedliśmy o 9.00, by nieco pospać, ale też nie marnować pięknego dnia na siedzenie w czterech ścianach. Koło 10.00 docieraliśmy na stok i jeździliśmy na luzie do popołudnia. Oczywiście śmiganie w 10 osób byłoby trudne, bo jednak każdy ma swoje preferencje i umiejętności, tak więc większość czasu jeździliśmy w podgrupach spotykając się na tak zwany lunch u wspomnianego Alberta. Przy tej okazji dostawaliśmy prawdziwej głupawki od przebojów puszczanych przez obsługę baru, które składały się z polskiego disco, hitów disco polo, ale też folklory typu bracia Golecowie, czy szczypty Reggae. W każdym razie humory dopisywały wszystkim! Od czasu do czasu zbierało nam się również na zabawę na stoku, a to w berka, a to w "szkółkę narciarską", jazdę w szeregu za rączki (w poprzek stoku), czy klasyczną bitwę na śnieżki. Ja oczywiście nie rozstawałam się z aparatem i z wielką lubością uwieczniałam to wszystko na zdjęciach i filmach. Po powrocie do ośrodka grzecznie szliśmy na obiado-kolację, którą to serwowano nam o tej porze, o jakiej umówiliśmy się przy śniadaniu. Uderzeniowa dawka tlenu i ruchu spowodował, że zapewne zjedlibyśmy ze smakiem absolutnie wszystko, ale z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że jedzonko było zupełnie dobre i nawet naszego "albinosa" czyli wegetariankę starano się zadowolić. Wiadomo wszak, że zwierzę rasy Lama mięsa nie jada ;)


Po kilku dniach prawdziwego białego szaleństwa pogoda się załamała i jednej nocy dopadało pół metra śniegu. Niemalże zrównał się z parapetem naszego okna. Za dnia sypać bynajmniej nie przestało, a na szczycie góry wiatr wiał z taką siłą, że przy niewielkim poziomie nachylenia praktycznie trzeba było odpychać się kijami żeby zjechać w dół (co przy dobrej pogodzie było absolutnie zbędne). Zacinający śnieg wbijał się gdzie tylko mógł, a mróz tworzyły na naszych mordkach lodowe maski, zatem dość szybko poszukaliśmy schronienia u Alberta. Jako, że pogoda nie chciała się poprawić zeszliśmy ze stoku nieco wcześniej.
By jednak nie siedzieć bezczynnie i nie popadać w zły humor "Kierownik Wycieczki" zaproponował nam wycieczkę do Muszyny. I tak w kilka osób wybraliśmy się na zimowy spacer. W dolinie wiatr już tak nie dokuczał, ale śnieg wciąż sypał i sypał. Z wielką radością uwieczniałam obrazki z gór, drewnianych chat malowanych na zielono, odcinających się od wszechobecnej bieli i kapliczek, które pojawiały się regularnie wytyczając nasz szlak ze Sczawnika do Muszyny. Według planu jaki mijaliśmy przy Cerkwi odległość dzieląca obie miejscowości wynosił około 5 kilometrów. Choć spacer sam w sobie był fajny, to nasz przewodnik postanowił nam urozmaicić wycieczkę i zamiast obchodzić dookoła wzgórze górujące nad miastem, za jego gorącą namową postanowiliśmy wdrapać się na nie.Wspinaczka na szczyt była oczywiście pełna emocji, gdyż miejscami ścieżka okazała się dość stroma i śliska, całe szczęście większość z nas miała na sobie spodnie narciarskie, zatem turlanie się po śniegu zupełnie nam nie przeszkadzało. Wysiłek był tym bardziej opłacalny, że na samym szczycie znajdowały się ruiny XVI wiecznej baszty biskupiej i punkt widokowy, z którego można było podziwiać całą okolicę Muszyny. Śnieg przestał na chwilę sypać i choć ciężkie chmury wisiały nisko, to mogliśmy nacieszyć się pięknem krajobrazu. Zejście do Muszyny było o wiele łatwiejsze, gdyż szliśmy ścieżką, która szerokimi zakosami schodziła łagodnie w dół. W miasteczku nie zabawiliśmy długo,  gdyż powoli zbliżała się pora naszej kolacji i żeby na nią zdążyć na rynku złapaliśmy autobus. 


Podczas kolacji ustaliliśmy, że jeśli pogoda się nie poprawi, a nie zanosiło się na to, to następnego dnia zamiast na stok udamy się na kolejną wycieczkę, dalszą, do Krynicy Górskiej. Śnieg nie przestał sypać i podczas śniadania uwieczniłam zaspę sięgającą połowy okna w stołówce. Na zewnątrz mimo zimowej aury było jednak dość przyjemnie, w sam raz na zwiedzanie Krynicy, wyruszyliśmy zatem w drogę lokalnym pekaesem, który gładko sunął białymi od śniegu drogami.
Krynicę Górską znam, nie byłam tu jednak ładnych kilka lat, ostatnio zaskoczyła mnie tu potężna odwilż, ale tym razem wszystko przykrywał gruby dywan zimnego puchu. Towarzystwu humor jak zawsze dopisywał, jednogłośnie stwierdziliśmy, że pierwszym punktem naszej wycieczki będzie pijalnia wód leczniczych. W otoczeniu zielonych roślin i przyjemnym ciepełku rozgościliśmy się bardzo chętnie. Część nas skusiła się na Słotwinkę i Kryniczankę, które to wody cieszą się opinią łagodnych w smaku i mało "smrodliwych". Jakoś na Zubera nikt się nie porwał. Pokręciliśmy się między kramami pełnymi różności, porcelanowych kubeczków do degustacji wód, pięknych torebek ze skóry, sztucznej biżuterii, wyrobów z miodu i wosku pszczelego, oraz stoiskami z zabawkami dla dzieci i kiczowatymi pamiątkami dla szkolnych wycieczek. A wokół było zielono, na palmie wisiały banany, roślinki dumnie prezentowały różnorakiej wielkości listki, a w kąciku przycupną Nikifor z brązu chyba odlany... Po relaksie w tropikalnym klimacie wróciliśmy do krainy zimy. Przeszliśmy głównym deptakiem do kolei linowej na Górę Parkową. Niestety nie załapaliśmy się na zniżkę grupową, którą to naliczają dopiero od 20 osób. Jakoś w innych miejscach nasza dziesiątka wystarczała do uzyskania choć minimalnej obniżki, ale nie tu. Jak na moje oko ciut za drogo policzyli sobie w tej kolejce za wycieczkę góra, dół, no ale skoro już tu jesteśmy, to żal nie skorzystać. Wjechaliśmy więc na szczyt najsłynniejszego chyba wzniesienia  w okolicy. Nie licząc narciarskiej Jaworzyny.  Na Górze Parkowej śniegu było lekko licząc do połowy uda, wciąż też sypało, zatem na podziwianie widoków nie mogliśmy liczyć. Panowie postanowili zatem urozmaicić ten etap podróży odrobiną sportu - bitwą na śnieżki. Po opadnięciu śniegowych emocji zjechaliśmy w dół do Krynicy i udaliśmy się na planowany wcześniej obiadek. Jako, że był to tłusty czwartek obsługa poczęstowała nas pysznymi racuszkami. Tego dnia mogę śmiało powiedzieć, że objadłam się słodyczy za darmo, bo już na śniadanku zostaliśmy obdarowani paterą pączków, a że przypadło ich po 2 na twarz, to całkiem mi wystarczyło. Obiadek również postny nie był, razem z R. zamówiliśmy goloneczki i bardzo dobrze, że wzięliśmy je na spółkę, bo sama bym tego dobra nie przejadła. Oddam tu sprawiedliwość szefowi kuchni, każde danie było pyszne, ładnie podane i dopracowane. Zwłaszcza uśmiechający się paprykowymi ustami i puszczający oliwkowe oko placek po zbójnicku ;) Po obiadku czekał nas jeszcze spacer, a potem złapaliśmy autobus powrotny do Szczawnika. Ostatki były niezwykle udane. 


Ale, Ale umknęły mi Walentynki!!! Jako, że na wyjeździe było nas po równo, 5 dziewczyn i 5 chłopaków, w tym 3 pary, 4 wesołych singli, to postanowiliśmy, że zrobimy sobie wieczorem walentynkowe ognisko. Żeby wszystkim było miło, to wymyśliłam też małą niespodziankę dla naszych singielków i przy śniadaniu każdy dostał małą pacynkę, ot żeby było śmiesznie, obdarowani adoptowali pterodaktyla, krokodyla, jednorożca i lwa. Okazało się to bardzo trafionym pomysłem i przysporzyło nam wszystkim sporo radości, bo wygłupom z udziałem pacynek nie było końca. Cieszę się, że pomysł się sprawdził. Po zejściu ze stoku, a jeździło nam się tego dnia super, obskoczyliśmy obie strony góry, zrobiliśmy zakupy i wieczorem  panowie rozpalili ogień w wilkiem palenisku pod wiatą. Spędziliśmy kilka wesołych godzin przy ciepłym ogniu, brakowało mi tylko gitary... choć występy acapella szły nam nader dobrze, a i telefony z mp3 poszły w ruch. Ach ta technika! Walentynki odbyły się także w węższym gronie. Mnie moje serduszko obdarowało jeszcze pysznymi belgijskimi trufelkami, na wspomnienie których jeszcze mi słodko, a ja zaopatrzyłam go w piersióweczkę pełną rumu... W sam raz do herbatki na stoku. 


Dni na stoku mijały szybko, bawiliśmy się wspaniale i nawet się nie obejrzeliśmy, a tu trzeba było wracać.  Podczas tego wyjazdy mieliśmy niejedną niespodziankę, na pewno go nie zapomnimy. Wspaniali ludzie, przyjacielska atmosfera i pasja, to nas wszystkich połączyło. Miłość do zimy, prędkości, wiatru w uszach, tego charakterystycznego skrzypienia śniegu pod nartą, to nas zespoliło w bardzo swoisty sposób... Żal było wracać... 
Droga do domu przebiegła spokojnie, z drobnymi tylko atrakcjami, czynnik ludzki, że tak powiem. Wracaliśmy w niedzielę rano, my i pół autokaru staruszków wracających z sanatorium. Proszę się nie gniewać za staruszków, część była przebojowa, część dokuczliwa, ale generalnie było dobrze. Warszawa przywitała nas mało gościnnie, szklana pogoda, mżawka, zwały poczerniałego od spalin śniegu, dalekie to było od czystej i miękkiej bieli Podkarpacia. 
Tydzień po powrocie spotkaliśmy się stęsknieni chyba tyle za sobą co za klimatem wyjazdu... Podziękowaliśmy "kierownikowi Wycieczki" za wspaniały wyjazd, wręczyliśmy dowód uznania i dyplom, podziękowania złożyliśmy także jego dzielnym pomocnikom i nadwornej Lamie za codzienną dawkę humoru. Mam nadzieję, że jeszcze nie jeden taki wyjazd przed nami, bo to właśnie ludzie tworzą atmosferę miejsca.
Ja już tęsknię!


Jeśli ktoś chciałby sprawdzić gdzie szaleliśmy przez ten czas to tutaj są szczegóły:
http://www.wierchomla.com.pl/

Brak komentarzy: