poniedziałek, 26 lipca 2010

ciężkie powroty

Są takie dni kiedy jeszcze przed otwarciem oczu wiesz, że najlepiej byłoby zostać w łóżku. Barbarzyńsko wczesna pora, jeszcze zanim zadzwoni budzik, szalejąca za oknem ulewa wyrywa Cię z ciepłego snu. Wiesz, że jest zimno, ponuro, a Ty musisz wstać i wyjść na tą szarugę, bo jest poniedziałek, pierwszy dzień po słonecznym urlopie. Błoga beztroska i ciepłe promienie słońca muskające skórę wydają się wspomnieniem jak ze snu. Jestem zła. Nawet nie mam na kogo fuknąć, bo kot strategicznie usuwa się z drogi na mój widok.
Czeszę się w „deszczową fryzurkę”, na którą kiedyś ktoś powiedział „wichurka”. Nie zdążyłam wypić kawy, bo przecież muszę wyprasować śnieżno białą koszulę, by spełnić niepisany wymóg biurowego dress codeu. Bo tego ciemne spodnie, delikatne dodatki, zamszowe szpilki, strój pełny. Ale, ale… leje jak z cebra, a ja już czuję jak będzie mi w tych eleganckich bucikach chlupotało! … szpilki upycham do torby, uważając by mi obcas nie wtargną w śniadanie… i wyciągam żeglarskie kalosze, a co! Kilka ,minut tracę na szukanie parasolki. Została w pracy… No to skoro mam żeglarskie kalosze, to nie pozostaje mi nic innego jak włożyć na tą białą koszulę sztormiak. Tak wydziwiona jakoś już tak radośniej idę samum środkiem kałuży i z pogardliwym, gnomim i złośliwym uśmieszkiem patrzę na drepczące po płyciźnie pozalewane szpileczki. W biurze szybka przebieranka z morskiego wilka w urzędnika, kalosze pod biurko, sztormiak schnie na wieszaku, a ja w końcu mam tą utęsknioną kawę. Jak na powrót z urlopu może być, choć zdecydowanie wolałabym zostać w domu.

Brak komentarzy: