Nie wiem, czy to kilkutygodniowa szarówka na zewnątrz, czy też efekt ostatnich trudnych tygodni, niemniej nie będzie optymistycznie. Będzie refleksyjnie.
Zawsze wiedziałam, że mam wybitny talent obdarowywania głębszym uczuciem niewłaściwych mężczyzn. Zbyt szybko i zbyt mocno angażowałam się w związki. W dodatku po drodze zdarzyło mi się kiedyś stracić gdzieś siebie, a to już była klęska. Odnalazłam się na nowo, ale irytująca zdolność przyciągania patologii pozostała. Zawsze, choćbym miała najszczerszych, dobrych i oddanych adoratorów, koniec końców wpadam na drania, który momentalnie zdobywa moje zainteresowanie. Pół biedy gdy drańskość bije po oczach, wtedy wiem, że nic z tego nie będzie i zniknięcie rzeczonego przedmiotu zainteresowania, nieuniknione, wcześniej, czy później, nie dziwi wcale. Bo taki słodki drań teoretycznie bardzo chce, tylko nie bardzo umie, cokolwiek budować. Jak natknie się na pierwszą przeszkodę, w postaci jakiegokolwiek wymogu względem swej boskiej istoty, robi mistrzowskie czary mary, hokus pokus, abrakadabra i znika. Znika konsekwentnie. A przynajmniej do czasu, aż nie zatęskni. No ale wówczas, to okazuje się, że ja zła kobieta jestem i drań strzela focha jak landrynkowa panieneczka. To jednak pół biedy, jak wspomniałam. Gorzej, gdy drańskość jest głęboko ukryta i sam łobuz nie do końca zdaje sobie z niej sprawę. Na takiej ukrytej żylecie można się boleśnie przejechać. Jak taki niewypał tkwi jeszcze w werterowskim idealiście, to trauma murowana. U niego też, gdyż się przecież kolejny raz zawiedzie okrutnie.
Nagminnie przyciągam takich przedstawicieli płci przeciwnej. Z ranami na duszy i sercu, z problemami, z przeszłością, z tajemnicą. Lecą jak ćmy do światła... Szukają ciepła, zrozumienia, akceptacji, lecz duma nie pozwala im, silnym i skomplikowanym, przyznać się do tak błahych pragnień.
Plączą mi się zatem gdzieś na granicy mojego świata i zaburzają przestrzeń.
A słodkie i dobre chłopaki układają sobie życie z miłymi i prostymi dziewczynami.
Cóż, prawdziwe wiedźmy w żadnym stuleciu lekko nie miały. Mnie chociaż na stos nie poślą. Chyba.
Zawsze wiedziałam, że mam wybitny talent obdarowywania głębszym uczuciem niewłaściwych mężczyzn. Zbyt szybko i zbyt mocno angażowałam się w związki. W dodatku po drodze zdarzyło mi się kiedyś stracić gdzieś siebie, a to już była klęska. Odnalazłam się na nowo, ale irytująca zdolność przyciągania patologii pozostała. Zawsze, choćbym miała najszczerszych, dobrych i oddanych adoratorów, koniec końców wpadam na drania, który momentalnie zdobywa moje zainteresowanie. Pół biedy gdy drańskość bije po oczach, wtedy wiem, że nic z tego nie będzie i zniknięcie rzeczonego przedmiotu zainteresowania, nieuniknione, wcześniej, czy później, nie dziwi wcale. Bo taki słodki drań teoretycznie bardzo chce, tylko nie bardzo umie, cokolwiek budować. Jak natknie się na pierwszą przeszkodę, w postaci jakiegokolwiek wymogu względem swej boskiej istoty, robi mistrzowskie czary mary, hokus pokus, abrakadabra i znika. Znika konsekwentnie. A przynajmniej do czasu, aż nie zatęskni. No ale wówczas, to okazuje się, że ja zła kobieta jestem i drań strzela focha jak landrynkowa panieneczka. To jednak pół biedy, jak wspomniałam. Gorzej, gdy drańskość jest głęboko ukryta i sam łobuz nie do końca zdaje sobie z niej sprawę. Na takiej ukrytej żylecie można się boleśnie przejechać. Jak taki niewypał tkwi jeszcze w werterowskim idealiście, to trauma murowana. U niego też, gdyż się przecież kolejny raz zawiedzie okrutnie.
Nagminnie przyciągam takich przedstawicieli płci przeciwnej. Z ranami na duszy i sercu, z problemami, z przeszłością, z tajemnicą. Lecą jak ćmy do światła... Szukają ciepła, zrozumienia, akceptacji, lecz duma nie pozwala im, silnym i skomplikowanym, przyznać się do tak błahych pragnień.
Plączą mi się zatem gdzieś na granicy mojego świata i zaburzają przestrzeń.
A słodkie i dobre chłopaki układają sobie życie z miłymi i prostymi dziewczynami.
Cóż, prawdziwe wiedźmy w żadnym stuleciu lekko nie miały. Mnie chociaż na stos nie poślą. Chyba.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz