Kocham moją rodzinę, są całym moim życiem, całym moim szczęściem i całym moim światem. Mój partner ma wobec mnie niemal niewyczerpane pokłady cierpliwości. Zawsze mogę na niego liczyć, zwłaszcza w chorobie, czy stresie, to bezcenne wsparcie. Czasem kilkoma słowami patrowi zupełnie zgasić mój gniew. Ja aż taka spolegliwa nie jestem, ale szczerze mówiąc, to wszystkie jego wady razem wzięte nie są wcale tak poważne. Sama przecież nie jestem od nich wolna. Gorzej, że jedna, koronna przywara jest u nas zdublowana. Lenistwo... Cóż, każdy musi mieć jakieś słabe strony. Nasz synek nadał nowy sens naszemu życiu, naszemu związkowi. Daje nam nieustanne powody do dumy i radości, uczy nas także pokory i dojrzewamy przy nim, doroślejemy...
Mimo wszystko, mimo całej miłości jaka jest między nami ja czasami po prostu czuję, że nie mam na to wszystko siły. Są takie chwile, gdy tęsknię nie tylko za byciem bezdzietną, ale też za byciem singlem. Wspominam, jak po powrocie z pracy nie musiałam robić absolutnie nic! Teraz od razu przejmuję opiekę nad synem, jemy obiad, bawimy się, muszę mieć go cały czas na oku. Kiedyś bywało, że pranie wstawiałam raz na tydzień, obecnie pralka chodzi prawie codziennie (jak tylko zrobi się miejsce na suszarce). Swego czasu gotowałam wyłącznie gdy miałam ochotę, syn wymaga jednak regularnych i zbilansowanych posiłków, a te domowe są relatywnie tańsze od słoiczków, że o walorach zdrowotnych nie wspomnę. Mój mężczyzna też samą miłością nie żyje, zatem i jego trzeba karmić. No i dawno, dawno temu sprzątałam raz w tygodniu i wystarczyło w zupełności, porządek jako taki był zawsze. Porządek - obecnie dla mnie słowo abstrakcyjne. Wszechobecne zabawki, wózek malucha (plus folia przeciwdeszczowa i śpiworek na nóżki), sterta rzeczy do prania, do prasowania, zakupy, gotowanie, no i zimowy kurz z kaloryferów, to wszystko wraz z mokrą aurą na zewnątrz sprawia, że o porządku mogę pomarzyć. Jestem w stanie utrzymać go jeden wieczór.
Mimo wszystko, mimo całej miłości jaka jest między nami ja czasami po prostu czuję, że nie mam na to wszystko siły. Są takie chwile, gdy tęsknię nie tylko za byciem bezdzietną, ale też za byciem singlem. Wspominam, jak po powrocie z pracy nie musiałam robić absolutnie nic! Teraz od razu przejmuję opiekę nad synem, jemy obiad, bawimy się, muszę mieć go cały czas na oku. Kiedyś bywało, że pranie wstawiałam raz na tydzień, obecnie pralka chodzi prawie codziennie (jak tylko zrobi się miejsce na suszarce). Swego czasu gotowałam wyłącznie gdy miałam ochotę, syn wymaga jednak regularnych i zbilansowanych posiłków, a te domowe są relatywnie tańsze od słoiczków, że o walorach zdrowotnych nie wspomnę. Mój mężczyzna też samą miłością nie żyje, zatem i jego trzeba karmić. No i dawno, dawno temu sprzątałam raz w tygodniu i wystarczyło w zupełności, porządek jako taki był zawsze. Porządek - obecnie dla mnie słowo abstrakcyjne. Wszechobecne zabawki, wózek malucha (plus folia przeciwdeszczowa i śpiworek na nóżki), sterta rzeczy do prania, do prasowania, zakupy, gotowanie, no i zimowy kurz z kaloryferów, to wszystko wraz z mokrą aurą na zewnątrz sprawia, że o porządku mogę pomarzyć. Jestem w stanie utrzymać go jeden wieczór.
Wspominam z prawdziwym rozrzewnieniem jak nikomu nie musiałam się z niczego tłumaczyć, z nikim nie musiałam konsultować godziny powrotu z pracy, czy umawiać się kiedy mogę iść na kawę z kumpelą i o której z niej wrócę... Byłam taka wolna! Jakie to było piękne. Zwłaszcza z obecnej perspektywy. Staram się przypomnieć sobie jak wtedy spędzałam dni. Po powrocie z pracy mogłam zalec z książką na kanapie, wyciągnąć się i zrelaksować. Mogłam zjeść na obiad kubełek lodów i popić go kieliszkiem wina i dalej odpoczywać, a wieczorem wyskoczyć ze znajomymi na ploty. Albo mogłam nie wracać do domu, łazić po sklepach, albo jechać do kumpeli i spędzić z nią całe południe i wieczór. Nie było problemem wyjcie do fryzjera. Znajomi bywali u mnie często, mój dom był ich domem.Weekendy były zaś czasem na wizytę w ulubionej tawernie i śpiewanie szant do rana, no chyba, że zachciało mi się klubowych klimatów, wówczas czekało śródmieście. Po nocnych eskapadach zaś czekało mnie wówczas coś, za czym dziś tęsknię najbardziej. Sen. Błogi. nieprzerwany sen. Do oporu, do południa, albo dłużej, jeśli tylko zechcę... Tak, zdecydowanie snu brakuje mi dziś najbardziej.
Dziś szum zmywarki współgra z szumem pralki, odkurzacz nazywa się "brumba" i mieszka w szafce pod zlewem, a każde jego użycie (częste) budzi zachwyt mojego synka, który puki co chętnie włącza się w zabawę w sprzątanie a to rekwirując mopa, a to dzierżąc w małych rączkach znalezioną pod stołem konewkę.
Kocham ten mały świat, choć są takie dni, jak dziś, gdy tęsknię za tym dużym światem. On jednak może na mnie zaczekać.
Kocham ten mały świat, choć są takie dni, jak dziś, gdy tęsknię za tym dużym światem. On jednak może na mnie zaczekać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz