poniedziałek, 6 czerwca 2011

Śniadanie zawodowca...

Mój zmysł powonienia cierpi. Moje poczucie estetyki również. O moim pojęciu biurowej etykiety już nie wspomnę.

Powiedzcie mi ludzie, jak można przy trzydziesto stopniowym upale przynosić do biura wędzone ryby, marynaty, kapustę, jaja, czy inne intensywnie gryzące w nos przysmaki, które ewidentnie powinny być przechowywane w chłodnych miejscach. Po takim urokliwym śniadanku aromat unosi się w pokoju przez pół dnia, a ja nie mam przyjemności się w nim kisić.

Zdecydowanie uważam, że wykracza to poza normy biurowego savoir vivreu. Tym bardziej, że dysponujemy pokojem socjalnym, w którym można sobie w spokoju spożywać co tam kto lubi, tyle, że jest on dość daleko od naszego i sympatyczka dań pachnących absolutnie nie da się tam wyprosić.

Pozostaje mi zatem zatkać nos, wykonać swoją pracę jak najszybciej i udać się na spacer po korytarzy, gdyż mimo wysokich temperatur jest tam sympatyczniej…

Brak komentarzy: