wtorek, 22 listopada 2011

Zawieszona

Zawieszona. Wyszłam z siebie. Patrzę z boku, z dystansu, na osobę skromną własną. Zawieszona. Patrzę tak sobie, możliwie obiektywnie i nie za bardzo podoba mi się to, co widzę… Bo widzę:

Zmęczenie,

Opada powili na ramiona jak zwiewny szal, ledwie ledwie wyczuwalne muśnięcie… Potem zaś  kładzie się na barkach wyczuwalnym już ciężarem. Początkowo niewielkim, zauważalnym tylko, ale... Ale z czasem rozrastającym się potężnie, stającym nie do uniesienia… Przytłacza, wrasta w węzły napiętych mięśni.

Znużenie,

Otumania mnie, osnuwa umysł mgłą, czy siwym dymem. Cokolwiek to jest ogranicza pole widzenia, pole osądu i zrozumienia. Nieostro, ale jednak widzę, że nuda, rutyna, lepią bezbarwne kalkomanie dni... Otępia mnie to w dosyć błogi, acz podejrzanie niebezpieczny sposób…

Zrezygnowanie,

Siła pętająca od środka obolałą duszę. Zamykam się w sposób aż bolesny. Bo czuję, czuję, że tak bardzo nie mam ochoty, najmniejszej nawet. Jeszcze bardziej nie mam czasu, pędzę, lecę, gnam za każdą minuta, która mija bezpowrotnie jak sekunda... Zdecydowanie nie mam siły, ani odrobiny. I już chyba nie mam krzty cierpliwości, wybucham coraz to większą furią pod byle pretekstem. No i z całą pewnością nie mam chęci… do niczego.

Co za letarg bezsensowny i pusty. Widzę, widzę, patrzę, rozumiem, ale ruszyć się nie mogę. Słup soli skamieniały. Może ta świadomość jednak mnie poruszy i cały ten bezsensowny kokon w jakim siedzę skruszy. I polecę wolna, silna, pełna wiary, nadziei, miłości... Jak dawniej.

Muszę.

środa, 16 listopada 2011

Loki Zielonoślepi Kotołak Mechaty Pręgowany

Z wielkim smutkiem, ze skowytem w duszy wręcz muszę poinformować, że moja sytuacja z Kotołakiem skomplikowała się niestety. Wszystko przez dosłownie 1 milimetr. Będziemy walczyli, będę walczyła jak lew, znaczy lwica, za i o mojego chowańca mechatego. Trzymajcie kciuki. Zostało ostatnie podejście. Jeśli ten pomysł nie wypali... Kotołak będzie szukał nowego opiekuna z wielkim i czułym serduchem.
Cholernie mi z tym źle.

środa, 2 listopada 2011

Let`s Vote!

Czy prawdziwe polskie przyjęcie rodzinne może się obyć bez chociażby odrobiny politykowania? Nie może! Z racji zawodu w moim życiu prywatnym jak ognia unikam wszelkich dyskusji politycznych. Jednak przy rodzinnym stole, zwłaszcza w okresie wyborów, jest to zagadnienie nader chętnie roztrząsane. Ostatnio sprawiło mi nawet swego rodzaju radość, to znaczy, obśmiałam się w duchu, no bo na głos, przy stole, no nie wypadało mi przecież. Pozwoliłam sobie jednak na porozumiewawcze uśmiechy z cichymi sojusznikami.
Jeden z moich wujków, pan starszy, więc trochę go to usprawiedliwia, wygłosił teorię spiskową, której nie powstydziłaby się jedna z wiodących partii politycznych. Aż dziw, że nie umieścili tego w żadnym swoim spocie wyborczym. Już wyjaśniam o co chodzi. Wuj z nieukrywanym przejęciem i zachowaniem pełnej powagi instruował zgromadzonych, że na wybory trzeba koniecznie chodzić z własnym, osobistym, sprawnym długopisem. Należy mieć swój zaufany sprzęt, gdyż istnieje realne zagrożenie, że długopisy w punktach wyborczych zawierają atrament sympatyczny, bądź też można je wywabić w inny sposób i na takich oczyszczonych kartach stawiane są rzekomo zupełnie inne krzyżyki, a zatem głosy są zmieniane. Teza ta, skądinąd nie pozbawiona pewnego uroku wywołała spore poruszenie. Na poparcie tejże historii przytoczone zostały przez resztę rodziny poczynania rad osiedlowych, w których wyniki głosowania nader często zmieniają się w zależności od układu i z demokracją nie mają nic wspólnego. Ale to już zupełnie inna bajka.
Ja może ciut naiwnie jeszcze wierzę w demokrację… pamiętam jednak sławne „trzy razy tak”, więc teza wujka wywołała we mnie jednak pewien niepokój. Nie sądzę też, by wymyślił ją sam.
Reasumując, na kolejne głosowanie, tak na wszelki wypadek, chyba pójdę z własnym długopisem ;)

Wszystkich Świętych

Zawsze uwielbiałam cmentarze. Nie czuję się na nich ani obco, ani niespokojnie. Pewnie dlatego, że stosunkowo późno zaczęły mi się kojarzyć ze stratą, choć zawsze wiedziałam, że są miejscem ostatniego spoczynku naszych bliskich. Mimo, iż doświadczyłam już bólu jaki niesie ze sobą śmierć członka rodziny, wciąż lubię nekropolie. Szczególnie we Wszystkich Świętych, gdy wokół płoną tysiące zniczy, słodki zapach barwnych chryzantem miesza się z chłodnym aromatem jesieni i rześkie powietrze niesie ze sobą coś… przeszłość, przyszłość… jakby na chwilę znikał czas.
Jako dziecko nie mogłam się doczekać tego dnia. Wybieranie wiązanek, kwiatów, zniczy, wszystko to budowało nastrój radosnego oczekiwania. Na co? Na tą chwilę gdy draska zapałki rozświetla się żywym ogniem, ogniem, który powoli obejmuje knot świecy i zapalony znicz, ciepłe światełko, jest gotów by rozświetlić pamięć o tych, których już z nami nie ma. Uwielbiałam te chwile, pełne nieziemskiego ciepła. Czułam i nadal czuję w tym momentach bliskość moich przodków. Nie tylko ich zresztą. Mam taki zwyczaj, który kultywuję co roku. Zapalam znicz na opuszczonym grobie, dla kogoś, o kim inni, z tych, bądź innych powodów zapominają… I niezmiennie, jak co roku, czuję ciepło w sercu.
Od dziecka lubiłam też, gdy przy rodzinnych pomnikach spotykaliśmy się z dalszymi kuzynami. Pośród rozmów łowiłam opowieści dziadków o tym kim byli ich rodzice, rodzeństwo, koledzy, te momenty były jak niesamowita wyprawa w przeszłość. Po odwiedzeniu grobów zawsze zbieraliśmy się na wspólny obiad i opowieści płynęły dalej… Powoli wypały się, jak świece…

Zawsze zadziwia mnie jak niedaleko w przeszłość sięga nasza pamięć. Wiemy kim jesteśmy, kim są nasi rodzice, dziadkowie, czasami i pradziadkowie, ale tutaj, na tym pokoleniu z przełomu XIX i XX wieku nasza pamięć często zanika. Powoli zaciera się historia rodziny i z pokolenia na pokolenie coraz trudniej ją odtworzyć… Da się to zrobić, wspólnym wysiłkiem i na pewno warto…

Takim monumentem ku pamięci dla mnie nagrobki, krypty, mauzolea. W moim odczuciu one są stawiane właśnie dla żywych, nie dla umarłych. Rozumiem ideę godnego pochówku, zgodnego z wiarą, czy kulturą i popieram ją całym sercem, ale… Wielobarwne marmury, dostojne granity, pięknie zdobione litery, ciepłe fotografie w odcieniach sepii, to wszystko ma zatrzymać w pamięci żywych obraz tych, którzy są już po drugiej stronie. Im wystarczy tylko i aż: ciepły płomyk naszej krótkiej ludzkiej pamięci.