piątek, 24 grudnia 2010

Było dobrze, było źle, dobrze jest.

Jako, że ostatnio dałam na blogu upust swojej frustracji chorobą i zmaganiami z bezdusznym systemem „służby zdrowia”, czuję się w obowiązku napisać też kilka zgoła innych, bo miłych rzeczy.
Po pierwsze dziękuję za całe serducho i morze cierpliwości jakie w tych kiepskich chwilach okazujesz mi Ty, mój R.
W tym całym bajzlu jestem pod wrażeniem jak sprawnie poszło nam przygotowanie się do  Świąt. Niby prezenty mieliśmy obmyślone, ale czasu na zakupy nie było niemal do końca. W rekordowym czasie udało nam się przytachać ozdoby choinkowe z piwnicy, pójść po drzewko, przytachać je do domu i obsadzić. W czasie gdy nasza choinka oswajała się z nowym otoczeniem ruszyliśmy w miasto, porzucając cztery kółka na rzecz szybszego w tych okolicznościach przedświątecznej gorączki przyrody metra. Po zakupach w centrum udaliśmy się jeszcze po bardziej przyziemne zaopatrzenie do okolicznego sklepu i przytaszczyliśmy te dobra do chatki. Wszystko w 4 godziny, z zegarkiem w ręku. Dumna z nas jestem niesłychanie. Potem to już same przyjemności, ubieranie choinki, naszej pierwszej wspólnej choinki, pakowanie prezentów i testowanie niektórych, ku wielkiej naszej uciesze.
Jeszcze jedna miła chwila zdarzyła mi się wcześniej. W ramach przygotować do Wigilii piekłam jak co roku ciastka. Piekłam maślane gwiazdki i korzenne smakołyki w naprawdę odprężającej, choć oryginalnej atmosferze, gdyż w muzycznym doborowym towarzystwie Carlosa Santany i kieliszkiem szampana na podorędziu. Przyznam nieskromnie, że wyszło pysznie. Tak, zdecydowanie lubię piec ciasteczka.
W takiej to raz mniej, raz bardziej wesołej atmosferze szykowałam się do naszych pierwszych wspólnych świąt. Nie mogłam doczekać się dzisiejszego dnia. Nawet te kilka godzin w  pracy mi nie przeszkadza, bo wiem, że w domu wszystko gra i czekają nas dziś same przyjemności.
Wiem, że nie obędzie się bez wariacji, bo część mojej rodziny jedzie z daleka, nie bez przygód, jak słyszałam. Ufam jednak, że zbierzemy się wszyscy przy wspólnym stole i będzie ciepło, serdecznie i radośnie.
Cieszę się też na Święta z Jego rodzinką, choć mam małą tremę. Sądzę jednak, że wśród tak sympatycznych osób będę się czuła nie gorzej niż u siebie w domu.
Czego jak najserdeczniej życzę i Wam.

czwartek, 23 grudnia 2010

Narodowy Fundusz Załamania

Moja frustracja sięga zenitu. Jestem chora. Mam Atopię. Pogorszenie choroby następuje błyskawicznie a jego efekty są długotrwałe. Czuję, że z dnia na dzień jest gorzej. Dzwonię do kliniki dermatologii… I oczywiście słyszę, że w nagłych wypadkach to przyjmują tylko ze skierowaniem od lekarza pierwszego kontaktu, od 12.00 do 14.00. O tym, by zapisać się jeszcze w grudniu do lekarza mogę zapomnieć.
Więc co? Więc żyłują mnie podatkami, a jak potrzebuję natychmiastowej pomocy, to mam czekać 2 miesiące, aż zamienię się w jeden chodzący strup, a jak już łaskawie jakiś jaśnie pan medyk rzuci na mnie pobieżnie okiem, nie chcąc nawet słyszeć o historii choroby, to w pierwszej kolejności opierdoli mnie, że nie można się doprowadzać do takiego stanu i powinnam przyjść od razu.
Chce mi się wyć, bo jestem wściekła i kompletnie bezsilna wobec tego chorego systemu pseudo służby zdrowia.
Żebym za własną krwawicę nie mogła się leczyć w demokratycznym państwie to jest dopiero chore. Pozostaje mi tylko wylewać żale, bo cóż innego…
Najpierw wizyta u internisty, i prośba o pilne skierowanie na dermatologię, a potem błaganie na dermatologii o przyjęcie przez lekarza, który akurat się trafi i złudna nadzieja, że mi pomorze…

środa, 22 grudnia 2010

Gdy dotyk boli

Ja już nie mam sił się śmiać, kiedy moja dusza wyje…
To widać, wiem, że widzisz.
Wiem, że gryzę słowem jak wściekła…
Ale ja już nie mam siły milczeć,
Bezsilna i wściekła.
Gdy każdy ruch sprawia ból,
Gdy upragniony dotyk nie jest przyjemnością
Nawet leżenie w bezruchu,
Jest jak upiorna tortura…
Czuję jak się rozpadam, w przenośni i dosłownie…
Drżę z bólu i z rozpaczy…
Ze strachu, że przez to Cię stracę.
Nie chcę tego,
Tak pragnę normalności.
Sen wariata… Nierealny…
Wytrzymaj, za siebie, za mnie...

beznadziejny motyl zimy

Skóra moja jak motyle skrzydła
Jak je muśniesz, to już rana
Zaplątana w sieci bólu
 Chyba zniszczę siebie sama…

środa, 15 grudnia 2010

... simply happy

Za te lody truskawkowe wczoraj,
Za rozpychanie się po mojej części łóżka,
Za te czułe gesty, gdy śpię i o nich nie wiem…
Za automatyczne poprawianie nastroju samą obecnością,
Oraz za wiele, wiele innych bardzo niedyskretnych rzeczy…
Ty wiesz

wtorek, 14 grudnia 2010

Dla Grzesia.

Chcę o tym napisać. Bardzo chcę, od kilku dni, ale wciąż brak mi słów, wciąż to nie tak. Może po prostu powiem Wam, że…
Chłopak był kilka lat młodszy ode mnie. Nasze ścieżki splotła wspólna pasja, literatura fantasy i gry fabularne. Z grona zupełnie przypadkowych osób powstała drużyna, która wspólnie przeżyła wiele naprawdę fajnych przygód. Raz szaleliśmy w post apokaliptycznym świecie cyberpunka, raz stąpaliśmy po krętych ścieżkach Imperium, by za chwilę wzbić się w kosmos, należeliśmy do różnych ras, klas, światów.
Grześ, wysoki, jasnowłosy, jasnooki, bardzo sympatyczny, zawsze uśmiechnięty, inteligentny, niby taki niepozorny chłopak… a jednak miał pazur i wielkiego anioła wytatuowanego na plecach. Odkryliśmy to przypadkiem i jak się okazało nie był to jedyny tatuaż Grzesia. Ale ten pasował do niego idealnie, mimo, że był jakiś niepokojąco mroczny. Czas sobie płynął, wciąż graliśmy razem w RPG, Grześ zawsze wcielał się w barwne postacie, mogłabym opisać ich kilka, każda inna, ale każda taka właśnie Grzesiowa, wszystkie praworządne, honorowe, o jasno określonych celach. Lubiłam mieć go po swojej stronie i w grze i w życiu.
Niestety przyszedł czas dorastać. Ja uczyłam się żyć sama, Grześ, chyba skończył studia?, nasi wspólni znajomi w międzyczasie się pobrali, dużo się zmieniło. I znów na chwilę połączyły nas książki, kilka spotkań, kilka rozmów, pożyczyłam Grzesiowi jedną z moich ulubionych książek… Potem życie znów zawirowało i nagle się ułożyło, naprawdę dobrze, tak … aksamitnie, to dobre słowo. Dużo myślałam o ekipie graczy, tęskniłam troszkę za tym naszym innym światem, tym oderwaniem od rzeczywistości fantastycznym uniwersum. Ale to już nie będzie taki sam świat, bo nie będzie w nim Grzesia.
Często się śmiał, nawet gdy choroba brała nad nim górę. Nawet, gdy po kolejnej chemii wyglądał bardzo źle, wciąż był pogodny. Nie wiem z czym się zmagał, wiem, że walczył latami, walczył dzielnie, walczył do końca… Nie przeszedł testu, rzut krytyczny… I odszedł... jakiś czas temu, miesiąc, może dwa. Nie wiedziałam... Żałuję, że nei wiedziałam, a jeszcze bardziej, że się z nim te parę miesięcy temu nie spotkałam. Cóż, życie...
Mam nadzieję, że jego wytatuowany stróż pomógł mu trafić do najwspanialszego z wymarzonych światów. I że zagramy tam kiedyś wszyscy razem, starym składem.  
Nie umiem ładniej o tym napisać, za swierza sprawa.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Wierzę w Św. Mikołaja!

Bo rok temu miałam życzenie, które się spełniło... jak tu nie wierzyć :)

piątek, 3 grudnia 2010

Kobieta w Islamie

W tym tygodniu znów natrafiłam na niepochlebny artykuł o muzułmanach i ich relacjach rodzinnych. O próbach samobójczych kobiet w islamie słyszałam i czytałam już wielokrotnie i za każdym razem jakaś część mnie jest wstrząśnięta. Nie rozumiem jak w można świadomie tkwić w takim czarnogrodzie, jak można pozwolić na tak masowe łamanie najbardziej podstawowych praw człowieka, do wolności, godności i nietykalności cielesnej… Nie chodzi mi tym razem o bestialskich, prymitywnych, fanatycznie „religijnych” ojców, teściów, braci, mężów, którzy od młodych kobiet, wręcz dzieci, wymagają pracy ponad siły i spełniania ich każdej zachcianki oraz sumiennego spełniania obowiązków małżeńskich. Szokuje mnie to, że same kobiety uczestniczą w nakręcaniu tej spirali przemocy przez bierną postawę. W każdym ze wspomnianych artykułów poza mrocznym światem mężczyzn majaczył świat tak samo zdeprawowanych i okrutnych kobiet z ich rodzin, które nową żonę w domu automatycznie sprowadzają do najniższej pozycji społecznej. Przecież kiedyś te matrony też były młodziutkimi i wystraszonymi dziewczynami rzuconymi w obcy świat. Same musiały być podobnie traktowane, może tak samo bite, może tak samo poniżane, może tak samo maltretowane, a później mszczą się na kolejnych pokoleniach bogu ducha winnych dziewczyn za własne krzywdy. Strasznie to smutne. Kompletna nieświadomość, kompletne wypranie z człowieczeństwa. Przecież, gdyby same kobiety okazywały sobie wzajemnie wsparcie, współczucie, troskę, czy chociaż nie uczestniczyły w nagonce na siebie nawzajem to z czasem ich los poprawiłby się. Jestem pewna, że w domu, w którym nie byłoby tak ostrej rywalizacji między kobietami, gdyby starały się mieć dobre relacje każda z każdą, to i mężczyźni powoli ulegli by sile spokoju i serdeczności. Wierzę, że byłoby to możliwe… Niestety wiem też, że kobiety w islamie są od urodzenia tresowane gorzej niż trzoda hodowlana, często nie mają poczucia własnej tożsamości, człowieczeństwa i nie są świadome swojej kobiecości. Zszokowała mnie historia, jaką usłyszałam w Wielkiej Brytanii. Pewna światła pakistańska rodzina posłała do szkoły młoda dziewczynę. Ta zwierzyła się koleżance z ławki, polce, że jest ciężko chora, na pewną rodzinną przypadłość. Wszystkie kobiety w jej rodzinie to mają i ona sama nie wie jak długo w związki z tym przeżyje. Co miesiąc krwawi. Nie muszę chyba pisać, że nasza rodaczka była równie zszokowana niewiedzą pakistanki i delikatnie ją uświadomiła, że wszystkie kobiety tak mają i od tego się nie umiera… Okazało się, że rzeczona muzułmanka pochodzi z małej, prymitywnej górskiej wioski, ktoś z jej rodziny zahaczył się na wyspach i ściągną pozostałych członków rodziny. Jako, że ona była zdolna i szybko się uczyła pozwolono jej uczęszczać do szkoły, oczywiście pod bardzo rygorystycznymi warunkami i czujnym okiem męża… Cóż, jakiś postęp to jest. Boję się jednak, że większość muzułmanów, zwykłych prostych kobiet i mężczyzn jest zbyt przywiązanych do „tradycji”, nie wiedzą, że można żyć inaczej, nie chcą wiedzieć… Nie można przecież nikogo zmusić do ucywilizowania, ot cały paradoks dzisiejszego świata. Nigdy nie uwierzę jednak, że kobiety w islamskim świecie są szczęśliwe, szanowane i bezpieczne. Gdyby tak było, to nie byłoby takiej ilości nieszczęśliwych wypadków z ich udziałem, udanych, lub nieudanych prób samobójczych, publicznych linczów i kamienowania. To nie jest wyraz miłości, którą to wartość tak ceni islam. Brak tu podstawowej zasady relacji międzyludzkich: kochaj bliźniego swego, jak siebie samego. Zaznaczam, że kobieta to też bliźni.

czwartek, 2 grudnia 2010

Zimo - jak ja Cię Kocham!

Naszła mnie kontemplacja prosta i radosna. Sypie śnieg, świat okrył się połami zimy i nic nie wskazuje na to, by miało się to w najbliższym czasie zmienić. Wszyscy dookoła chóralnie przeklinają ten stan, a ja… ja zupełnie się w tym nie odnajduję… Bo ja się cieszę, całą sobą się cieszę, bo w końcu mamy grudzień, Boże Narodzenie za chwilę i z całego serca pragnę by było właśnie takie śnieżne i mroźne. Ja szczerze i prawdziwie kocham zimę. Podam Wam nawet kilka powodów dla których uwielbiam tą porę roku:
- urodziłam się w zimę, białą i mroźną, pierwszy powód do szczęścia,
- lubię szusować na nartach z ośnieżonego stoku,
- lubię jeździć na łyżwach,
- lubię szaleć na sankach,
- lubię lepić bałwana,
- lubię bitwy na śnieżki,
- lubię grzane wino,
- lubię mandarynki, pomarańcze, goździki i korzenne przyprawy…
- lubię Boże Narodzenie (zwłaszcza kluski z makiem!),
- lubię Nowy Rok i karnawał,
- lubię wirujące za oknem śniegowe gwiazdki… gdy siedzę obok R. z kubkiem herbaty,
- w zimę Go poznałam, zimą pokochałam… jak mam nie lubić zimy?

P.S. Piszę w przerwie w pracy, zajadając budyń czekoladowy, zimą smakuje najlepiej. Jak mi dobrze! Czego i Wam życzę.